piątek, 21 sierpnia 2015

Omalo, co
21.8.15

Omalo, co

O mało co, a wjechalibyśmy motocyklami na najgorszą drogę na świecie.
Zaczęło się od tego, że jakoś trzeba spędzić dni dzielące nas od uzyskania wizy rosyjskiej. Bartek zrobił risercz w Internecie, ktoś mu podpowiedział miejscówkę Omalo. Ja zrobiłam swoje badania i wyszło mi, że to jedna z najniebezpieczniejszych dróg na świecie. Obejrzałam też zdjęcia i powiedziałam "nieeeee". Uległam namowom i manipulacjom. Dostaliśmy od koleżanki namiary na dwie miejscówki campingowe. Stwierdziliśmy, że podzielimy drogę na dwie części i w którymś z tych miejsc przenocujemy.

Droga do Omalo jest zimą zamknięta i ludzie mieszkają tam tylko w sezonie. Dawniej mieszkańcy wiosek z nizin, przenosili się właśnie w wysokie góry, by wypasać owce i bydło.
Z Tbilisi do ostatniego miejsca przed Omalo, gdzie można zrobić zakupy, jest jakieś 90 km, a do samego Omalo 70 km. Tylko i aż. Wyjeżdżamy z Lechuri. Myślę sobie :"nie jest źle". Asfalt, potem resztki asfaltu, potem szuter. Odpuszczamy pierwszą miejscówkę do spania i jedziemy dalej. Do drugiego punktu noclegowego GPS wskazuje 20 km. Luzik. Zostało to wypowiedziane w złą godzinę. Jestem mięczakiem i się do tego przyznaję bez wstydu. Boję się ciemności, zakrętów i drogi do Omalo. Przejazd tych 20 km był dla mnie kosmicznym wyzwaniem. Kilka razy byłam bliska płaczu (żeby nie było, że podróż dookoła świata to same przyjemności;)).


Dwa razy nie dałam rady przejechać przez wodospad i zrobił to za mnie Bartek. Ale ani razu nie byłam bliska gleby! Off road zdecydowanie nie dla początkujących. Kamienie, szuter, piasek strome podjazdy i kilka bardzo ostrych zakrętów pod górę. Raz, czy dwa Bartek mógłby mnie posłuchać w kwestii "straszności" trasy. A to była dopiero 1/3 drogi!!

Docieramy do miejscówki noclegowej, rozbijamy namiot i idziemy się wykąpać w gorących źródłach. Podobno po takich kąpielach łatwo o dzieci. Zobaczymy :) Miły starszy pan częstuje nas domowym winem (skąd wiedział, że nam tego trzeba?) i arbuzem. Wykąpani i najedzeni i w dobrych nastrojach idziemy spać.
Rano dyskutujemy co dalej. Ja jestem kategorycznie na "nie", jeśli chodzi o podróż na motkach. No nie dam rady. Umrę ze strachu, narobię w gacie, a potem się rozpłaczę. Bartek upiera się żeby jechać. Tym razem moje na wierzchu. Jedziemy stopem. Pakujemy niezbędne rzeczy do plecaka i ruszamy. Motocykle i namiot zostają w ciepłych źródłach. Ku rozczarowaniu Bartka, mamy auto już po 15 minutach. Nie jest to klasyczny autostop. Dogadujemy z kierowcą cenę 60 lari i ruszamy. Droga jest niesamowita. Najpierw serpentyny na przełęcz (prawie 3000 m), a potem serpentyny w dół.


Na jednym z zakrętów odpada nam koło...cóż-bywa i tak. Po dwóch godzinach jest już na swoim miejscu, ale kierowca decyduje się zawracać, a nas upycha do auta swojego kolegi.


Droga do Omalo robi na nas wrażenie. Ciągnie się wzdłuż rzeki, w kanionie. Mijamy chatkę rangersów. Przejeżdżamy kilka brodów, wjeżdżamy na piaszczystą górę i jesteśmy w Omalo. Bartek w bólach przyznaje mi rację, że nie wjechalibyśmy motocyklami. Jak to zrobiła para z Jazdadalej? Zaczynam podejrzewać photoshopa.
Próbujemy znaleźć nocleg na dziko, ale bez namiotu to trudne. Wracamy do miejscówki poleconej przez naszego kierowcę. Plan na jutro-wdrapujemy się do Górnego Omalo i autostop do naszych namiotów.

Wejście do Górnego Omalo powoduje u nas okrutną zadyszkę. Ile to razy człowiek sobie obiecuje poprawę kondycji? Najpierw dostrzegamy wieże twierdzy, a dopiero potem Górne Omalo. Bardzo malowniczo położone. Kupujemy tam świeżutki chleb i coca colę (jaka pyszna!). Bartek strzela milion zdjęć. I tak nam mijają dwie godzinki. Czas na powrót. Idziemy kawałek za wioskę. Przyjmujemy autostopowiczowe pozy i czekamy i czekamy. Nic nie jedzie. Helikopter straży granicznej nas niestety nie urządza. Jedno auto zajęte, drugie też. Trzecie-puste! Zatrzymuje się młody Gruzin, który wiózł żonę na wakacje. Bezproblemowo podrzuca nas do gorących źródeł, daje swoją wizytówkę i życzy wszystkiego dobrego.


Co by dobrego za dużo nie było - całą noc pada. Rano budzimy się z chmurami w namiocie i decyzję o wyruszeniu na dół odkładamy jak najdłużej. Ale zjechać trzeba. Szybkie pakowanie i ruszamy. Mając świadomość jak wygląda droga, bałam się jeszcze bardziej ;) Nie było jednak tak źle. Dojeżdżamy do rzeczki i rozbijamy obozowisko. Szybki kurs do  sklepu po zasłużone piwo i można odpoczywać. Potem pojawiają się Gruzini.

O kurczę, będą hałasować dziką muzyką z auta! A oni otwierają bagażnik starego mercedesa i wyciągają z niego...żywego barana. Na szczęście dekapitacji dokonują gdzieś daleko od nas. Po godzinie krzątania zapraszają nas do stołu. A na nim prawdziwa uczta. Pomidory, żeberka, ryba szaszłyki, chleb, melon, arbuz. Pyszności!!! I wyciągają z rzeki kolejne schłodzone baniaczki z winem domowej roboty. Tylko głowa rodziny mówi po rosyjsku, ale i tak jest sympatycznie. Co rusz wznosimy toasty za żywych i umarłych, dzieci, wnuki, rodziców i kogo się da. Na koniec robimy sobie serię zdjęć, wymieniamy się stronami na fejsbuku i zostajemy wyściskani. Prawdziwa gruzińska gościnność!