sobota, 30 kwietnia 2016



Tempomat przydaje się w Australii bardziej, niż sprawne hamulce. Australijczycy jeżdżą szybko, szybciej, niż my. Nie łamią przepisów, po prostu mają wyższe ograniczenia prędkości. Nie raz nie mogliśmy się nadziwić na jak podrzędnej drodze był limit 100 km/h, przy tym hopki takie, że można zęby stracić, albo przynajmniej zderzak. Z drugiej strony praktycznie nie ma dróg, gdzie ograniczenie byłoby wyższe niż 110 km/h. Tyle, że jak u nas jest dozwolone 90 km/h, to tutaj 110. Poza wybrzeżem ruch jest znikomy, wróć, ruchu nie ma prawie w ogóle. Przez ostatnie 3000 km wyprzedzaliśmy może 2 pojazdy. Wiecie, że samochód można prowadzić jedną nogą, bez użycia rąk? Tylko nie sprawdzaj, poza Australią to nie działa. 

Nasz niepozorny kombiak dostarcza przy tym niesamowitych wrażeń z jazdy. Sześciocylindrowy silnik wydaje przyjemny bulgoczący odgłos, gdy tylko trochę mocniej wciśniesz gaz. Wyjeżdżasz z terenu zabudowanego, wciskasz przycisk „resume” (wznowienie) na tempomacie, automat redukuję bieg, obroty podskakują do 3000, wciska Cię w fotel, ślina staje w gardle i po 3s wracasz do zaprogramowanych wcześniej 115 km/h. Gęba się śmieje. Dozwolonej prędkości nawet nie próbujemy przekraczać, chociaż przez blisko 9000km spotkaliśmy raptem 3 radiowozy, o australijskich mandatach krążą legendy. 

Odbiwszy od Oceanu zakotwiczyliśmy jeszcze na chwilę w Grampians, malowniczych „skałkach”, które wyrastają w gruncie pośrodku niczego, mekce, nie tylko australijskich, wspinaczy. Aby rozprostować kości, a szczególnie kręgosłupy, co drugi dzień jazdy staramy się trafić na jakiś park narodowy, by wybrać się na małą wędrówkę. Przyjemne z pożytecznym. Kierując się na północ siatka dróg radykalnie się skurczyła, a odległości między miasteczkami wzrosły. 300km niczego, dosłownie niczego, to w Outbacku standard. Outback to w tym wypadku określenie trochę na wyrost, choć skrajne, pustynne obszary stanów NSW i Queensland też przyjęto również tak nazywać. Drogi wytyczone od linijki. Z Grampians do Broken Hill, w którym obijamy nieco na wschód mamy jakieś 700km, zakręty można liczyć na palcach jednej ręki. Po drodze jest tylko jedna oaza, dosłownie oaza, Mildura, miasto, które rozwinęło się dzięki sprawnemu systemowi irygacyjnemu. Im bliżej Broken Hill tym ziemia bardziej czerwona, a drzewa znikają, pozostają jedynie pojedyncze zarośla, kaktusy i „pędzące” krzaki. Chcieliśmy zasmakować Outbacku, a Broken Hill to jego najłatwiej dostępny przedsmak. Niegdyś jedno z bogatszych miast Australii. Dzisiaj, pomimo zachęt w folderach turystycznych, nieco wymarła mieścina. Kopalnie złota, srebra, opale i inne cuda. Docieramy do Silverton, będącego planem filmu Mad Max, dziś srebra już się nie wydobywa, zostali tylko ekscentryczni artyści. W XIX wieku „settlersi” (osadnicy) ściągnęli sobie tutaj afgańskich pasterzy, po to by utrzymywali im stada wielbłądów. Do dziś w Broken Hill stoi meczet a w mieście można trafić na suficką księgarnię. 








Jest jedna niesamowita rzecz, która łączy mniejsze i większe miasteczka Outbacku, w każdym znajdziesz darmowy, gorący prysznic. Zajeżdżasz do wioseczki, w której stoją 4 domy na krzyż, po środku zaschnięty kort tenisowy, a przy nim ogólnodostępny prysznic. Tak to można trzaskać setki kilometrów dziennie. Układamy swoją Great Inland Way, chcemy zobaczyć to co najciekawsze poza wybrzeżem, a jednocześnie w jak najkrótszym odcinku dotrzeć do północnego „tropikalnego” Queensland, czyli do Cairns albo i dalej jak się da, praktycznie na drugi koniec Australii.

Kolejne dni mijają nam na przesuwaniu się o setki kilometrów. Po dwóch dniach jazdy na wschód znów się zazielenia. Kempujemy we wnętrzu wulkanu i wspinamy się na otaczające go skały. Jak ekscytująco by to nie brzmiało wspomniany wulkan jest nieaktywny zapewne od setek tysięcy lat i gdybyśmy nie wyczytali to pewnie byśmy nawet nie zgadli, gdzie się znajdujemy. Znów zwracamy się na północ. Mijamy po drodze tylko pojedyncze, kilkutysięczne miasteczka. Takie lubimy najbardziej. Zawsze znajdzie się w nich jakiś przyjemny park, gdzie można zjeść lunch (no tak kochani, my teraz jemy lancze i dinery), Gdy liczba mieszkańców sięga 10 000, takie miasto jest już całkiem spore jak na australijskie realia i ma ze trzy centra handlowe. 










Na drogach są setki kangurów, w większości niestety rozjechanych. Rekord jaki zanotowaliśmy to jakieś 20 kangurów na odcinku 100 km. Unikamy jazdy, gdy zapada zmrok i o świcie, kiedy jest ich najwięcej, niemniej jednak zdarzyło nam się kilkukrotnie, że kangur przebiegał przez drogę, lub siedział na poboczu. Szczęśliwie odległość była wystarczająca by uniknąć kolizji. Wielu się jednak nie udaje. Potrącenie kangura przy prędkości przelotowej to koniec wycieczki. Skasowany przód i przednia szyba wybita, to optymistyczny scenariusz. Bywają gorsze przypadki. Nie dziwi więc, że większość samochodów w wewnątrz kraju ma ogromne crashbary (pałąki), osłaniające przód samochodu. Bryki rodem z Madmaxa. Na osobówkach wygląda to dość komicznie, ale pewnie spełnia swoją rolę. Pędzące Emu mają więcej szczęścia, czasami trafi się jednak „puknięty” wombat, do których Laura ma szczególny sentyment. Nie wiem w sumie dlaczego. 

Po kolejnych trzech dniach jazdy znów lądujemy na wybrzeżu, w Townsville. Lada moment na liczniku przeskoczy nam 9000km. I faktycznie, jak wskazuje nazwa regionu, znów robi się tropikalnie. Na poboczach palmy, a człowiek klei się od wilgoci, a to najchłodniejsza i najsuchsza pora roku.   
Roadtrip, czyli australijskie "wakacje" w samochodzie cz. II
30.4.16

Roadtrip, czyli australijskie "wakacje" w samochodzie cz. II

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nie napiszemy kolejnego „wszystkomającego” poradnika o tym, jak tanio podróżować po Australii. Jeśli szukasz takich informacji to na pewno je znajdziesz… gdzie indziej. Australia nie jest tania, ale nikt nie mówi, że jest inaczej, nie przyjeżdżasz tutaj, jak w portfelu zostało Ci 100 bendżaminów. W tym wypadku lepiej sprawdzi się Kambodża, no chyba, że jesteś niemieckim… nie, nie najeźdźcą, niemieckim bakpakersem. Bakpakers to człowieczek, który tarabani się z po świecie plecakiem. Wymysł epoki Lonely Planet. Bakpakersów jest wiele gatunków, jakby nie spojrzeć my też nimi jesteśmy, ale Australia sprawi, że do końca znienawidzisz to określenie, ale o tym później.

Do Australii przynajmniej nikt nie przyjeżdża podróżować, tylko na holideje, znaczy się wakacje, wiadomo bowiem tutaj, że podróżowanie to nieco ambitniejsze zajęcie niż podążanie z plecakiem szlakiem z przewodnika. Od Australijczyków, którzy w genach mają przygodę można się sporo na ten temat nauczyć. Twoje wakacje w Australii, choć zaplanowane na kilka tygodni trwać mogą wieczność. Ten kraj wciąga, nie spróbujesz… to się nie dowiesz.

O ile nie ciągniesz ze sobą walizki z dolarami, to jedynym sensownym rozwiązaniem jest posiadanie własnego środka transportu. Mieliśmy tego świadomość, na długo wcześniej, zanim tu dotarliśmy, nie wiedzieliśmy tylko jak długo będzie nam tu dane zostać. Okoliczności sprawiły jednak, że możemy wykorzystać do ostatniego dnia nasze 3 miesięczne wizy. 

Jeszcze w Malezji zaczęliśmy eksperymentować z workaway, czyli pracą w zamian za wikt i opierunek. Zdaliśmy sobie sprawę, że właśnie taka forma podróżowania pozwoli nam miękko wylądować w Australii i nie wykorzystać limitu karty kredytowej pierwszego dnia pobytu. Udało się, pierwszy weekend spędziliśmy na Gold Coast, rzut beretem od lotniska, na które przylecieliśmy. Tak naprawdę bardziej czuliśmy się jak goście, bo pracy nie było dla nas wiele. Laura odkryła przy okazji nową pasję mając okazję pobawić się różnego rodzaju szlifierkami. Kolejne dwa tygodnie byliśmy w Brisbane, w którym zdążyliśmy się zadomowić. Trafiło nam się zacnie. Zajęć dużo, ale rekompensata godna, gospodarze nie żałowali nam przysmaków, na które prawdopodobnie nigdy byśmy sobie nie mogli pozwolić, włączając w to degustacje szkockich z szafeczki naszego gospodarza, win z piwniczki i rzemieślniczych piw.


Dni wolne spędzaliśmy na poszukiwaniu wymarzonej bryki. Jak nasi gospodarze usłyszeli, jaki mamy budżet i dokąd chcemy dojechać to tylko się przeżegnali. Nie znają się. Rynek samochodów w Australii jest ogromny, oglądałem przecież Wheelers Dealer i Top Gear’a to znam się dostatecznie. Samochody są tańsze niż u nas, a kultura techniczna większa, więc z reguły są zadbane. Formalności ograniczone są do minimum i gdy już znaleźliśmy naszego Miśka, zapłaciliśmy za niego kartą, a przepisanie papierów i rejestracja zajęły 10min. Jeżdżący 15 letni samochód można kupić za równowartość 2000 PLN, żeby miał jeszcze ważne papiery i przegląd techniczny (to trochę skomplikowane) trzeba liczyć drugie tyle, jak dołożysz „trzecie” tyle, to już można liczyć na furę na wypasie, po serwisie i z dobrymi oponami. Nam się właśnie tak trafiło. Mitsubishi Magna, gigantyczny kombiak stworzony na rynek australijski, z jeszcze większym silnikiem. 260 000km przebiegu, to w tutejszych warunkach ledwo dotarty silnik. Wszystko to i rejestracja na kolejne 4 miesiące w cenie pełnoletniego Golfa u nas. 

Zostały nam dobre dwa miesiące do spędzenia w drodze. Z naszym budżetem oznacza to życie w samochodzie, a spanie w namiocie, w większości na bezpłatnych polach biwakowych. Do tego też się trzeba przygotować. Z darmowych palet wyczajonych w serwisie ogłoszeniowym zrobiliśmy rozkładane łóżko ze schowkami. Ikea dostarczyła brakujące pierdoły, a gospodarze wyposażyli nas w materac, garnki i… świetne, ogromne ciasto na drogę.


I tak ruszyliśmy w dół. Dopiero po kilku dniach, gdy kupiliśmy „podręczną” papierową mapę kraju zdaliśmy sobie sprawę, co nas czeka. Gdy przewijasz sobie Google Maps sprawa wygląda niewinnie, tysiące kilometrów znikają jednym kliknięciem. Brisbane – Sydney – Melbourne, to raptem 2000km w prostej linii, w praktyce nam wyszło 5000, a to nawet nie połowa tego, co mamy w planach. Do Australii przyjeżdża się zobaczyć przyrodę. Obraliśmy więc drogę obfitującą w parki narodowe. W samym stanie New South Wales, do którego wjechaliśmy z Queensland pierwszego dnia, jest ich ponad setka. Poza okolicznościami przyrody parki narodowe dostarczają też niesamowitą infrastrukturę do obozowania. Toalety, paleniska z przygotowanym drewnem, grille gazowe lub elektryczne, a czasami nawet prysznice, często za darmo lub symboliczna opłatą. Zdecydowanie symboliczną w porównaniu do prywatnych campingów. Te miejsca są tak dobre i wciąż nas zaskakują, że nie możemy się zdecydować, które jest nasze ulubione.





I tak raz podążając wzdłuż wybrzeża, by za chwilę wspiąć się w góry zeszły nam do Sydney dwa tygodnie. Brisbane położone gdzieś pośrodku wschodniego wybrzeża zapewnia dość umiarkowaną pogodę w ciągu całego roku, oczywiście zima jest gorąca, a lato chłodniejsze, no ale nie zimne. My podążając na południe ścigaliśmy się natomiast z najprawdziwszą jesienią. W Snowy Mountains (Góry Śniegowe) od czerwca rozpoczyna się sezon narciarski. Rano mieliśmy na termometrze raptem kilka kresek powyżej zera. Okolice Melbourne też nie są w tym czasie zbyt ciepłe, a dominuje deszczowa aura. 




Sydney to taki must-see, nie ciągnie nas jednak specjalnie do miast, więc zdecydowaliśmy się spędzić tam tylko jeden dzień, to wystarczająco, żeby strzelić selfika z Operą i przespacerować się tu i ówdzie. Rano ugrzęźliśmy w korkach na wlocie do miasta, jakieś 50km od centrum. Australijczycy mieszkają praktycznie wyłącznie w domach wolnostojących, tylko w ścisłych centrach miast budynki mają więcej, niż dwie kondygnacje, przez co miasta są niesamowicie rozległe. Fuksem udało nam się zaparkować na „park and ride” w dzielnicy Ashford, bo akurat ktoś wyjeżdżał i ostatnie 8km na Central podjechaliśmy kolejką. Nie zgadniecie ile kosztuje całodniowy parking w centrum Sydney. Podpowiem – więcej, niż pełen bak paliwa. Okazało się, że to niezbyt reprezentacyjna dzielnica, zdominowana przez głównie przez Azjatów, choć na szyldach dentysty i rzeźnika pojawiały się polskie nazwiska.




Na pewnym etapie Laurze zaczął doskwierać brak gorącego prysznica i łóżka, do którego nie trzeba wchodzić na kolanach. Powstała koncepcja, żeby zanocować pod dachem w Melbourne. Myśleliśmy już o tym w Sydney, zaczynały się jednak ferie i na Airbnb wszystko było zarezerwowane na 2 tygodnie w przód. Trafiliśmy jednak na Wilsons Promontory, półwysep - rezerwat, który tak nas urzekł, że zamiast zażywać luksusów zasuwaliśmy z plecakami blisko 50km przez dwa dni. Nasza rezerwacja w hostelu przepadła. Nagrodą był jednak gorący prysznic w obozie przy recepcji parku. The Prom to Australia w pigułce, jeśli powiedzielibyście, że macie na zobaczenie Australii tylko kilka dni, to na pewno skierowalibyśmy Was tam. Przez Melbourne przejechaliśmy więc jedynie z przerwą na zakupy w Aldim.







Decydując się na budżetowe przemieszczanie po Australii jesteś skazany na własną kuchnię. Aldi karmi nas przy tym doskonale i pozwala poczuć się jak w domu. Choć w Polsce nie robi furory, tutaj jest ich ogromna sieć i asortyment dorównuje temu z naszego Lidla. Kiełbasa niczym nasza śląska, świetna wołowina na burgery, sery, warzywa, wszystko, czego dusza zapragnie, no i największy hit, wino czerwone, blend Shiraza z Merlotem, pewnie jakieś zlewki, ale za równowartość 8 PLN. Szaleństwo.

Osławiona i dobrze znana z Instagrama Great Ocean Road, pojawiająca się prawdopodobnie na każdej widokówce z Australii była naszym ostatnim punktem na południu, zanim zwrócimy się na północ. Nie można zaprzeczyć, że ponad 200 kilometrowa trasa wiodąca wzdłuż wybrzeża, wykuta w skałach przez żołnierzy, którzy wrócili z I WŚ, robi niesamowite wrażenie. Może nie tyle sama droga, co formacje skalne wyrastające z morza. Pogoda nam nie dopisała, było wietrznie i deszczowo, ale to tylko dodawało dramatyzmu tej scenerii.




Na wczesnych etapach planowania naszego „roadtripa” rozważaliśmy przejazd do Alice Spring i charakterystycznej Skały Uluru. Jakiej trasy by nie obrać to za każdym razem wyjdzie ponad 5000km przez bezkres nicości. Brzmi jak przygoda. Też tak myślałem. Wszyscy napotykani Australijczycy, którym o tym opowiadaliśmy pukali się w czoło. Nie ma sensu pchać się w głęboki Outback osobówką. W Australii samochody osobowe są na wymarciu. Spotkać je można jedynie w dużych miastach. Wszędzie gdzie indziej, na drogach poruszają się masywne terenówki, pick-upy, albo przynajmniej uterenowione SUVy. Nic dziwnego, większość dróg, po których się przemieszczamy przez ostatnie 2 tygodnie podlega czasowym podtopieniom. Cóż, nie opłaca się budować nasypów, ani mostów, na „highwayach” są po prostu brody z oznaczeniem głębokości.
Zdecydowaliśmy, że odbijemy w głąb lądu by dotrzeć do tego bliższego i bardziej turystycznego Outbacku, a potem potniemy możliwie najkrótszą drogą jak najdalej na północ się da, by potem wybrzeżem wrócić do Brisbane i tak zrobi się… kilkunastotysięcznokilometrowa pętla.

A co chodziło z tymi Bakpakersami? Australijczycy są bardzo przyjaźni i otwarci. Często zdarza nam się spontaniczna pogawędka, w której na pewnym etapie pada pytanie: Are you fruit-pickers? From Germany (Zbieracie owoce? Jesteście z Niemiec?)? I tak w kółko. Otóż w Australii są tysiące młodych Niemców, którzy przyjeżdżają tutaj w ramach working holiday i często łapią się sezonowych prac, żeby podreperować budżet. Stąd powstał pewien stereotyp, że młody człowiek podróżujący podstarzałym samochodem, szczególnie vanem, to Szwab na saksach. Można ich spotkać praktycznie na całej długości wschodniego wybrzeża i w każdym bezpłatnym obozowisku. Niestety zdarza się, że nie grzeszą kulturą osobistą, na co w Australii bardzo zwraca się uwagę.

Prześledź naszą dotychczasową trasę na mapie.



Roadtrip, czyli australijskie "wakacje" w samochodzie cz. I
26.4.16

Roadtrip, czyli australijskie "wakacje" w samochodzie cz. I

sobota, 19 marca 2016

Na stronie nowe fotosy, a przy okazji aktualizacja mapy.
Ostatnie dni w Azji:
I pierwsze w Australii:

Foto: Bye Bye Asia, Gooday Australia
19.3.16

Foto: Bye Bye Asia, Gooday Australia

środa, 2 marca 2016

28 stycznia miała do Kuala Lumpur przylecieć moja przyjaciółka Justyna. Początkowo chcieliśmy lecieć  z Kambodzy do Malezji samolotem. To znaczy ja chciałam, bo nie uśmiechała mi się wizja targania się z autobusu do pociągu. Wygrała jednak ekonomia. Bilet Air Asia miał kosztować 50 USD, ale po dodaniu wszystkich opłat wyszło 90, więc rachunek okazał się prosty. Jedziemy sposobem kombinowanym. Z Siem Reap do granicy zawiózł nas autobus. Liczyliśmy po cichu, że zdążymy na popołudniowy pociąg do Bangkoku. Niestety pokonanie 170 km zajęło 5 godzin. Kierowca po 50 km zarządził przerwę na siku na zaprzyjaźnionym straganie (czytaj: skubiemy turystów na kasę), by 20 km przed granicą zorganizować nam godzinną „przerwę” na lunch na słynnym przygranicznym dworcu. Dworzec ten oferuje zupkę z paczki za 3 USD lub chipsy za 2. Jest również miejscem gdzie przywozi się turystów jadących z Tajlandii i oszukuje na autobusie do Siem Reap (zamiast 5 płacą 10 USD). Do tego granica była bardzo zatłoczona. Przyzwyczajeni do przekraczania niewielkich punktów granicznych, gdzie ruch był z reguły zerowy, przeżyliśmy lekki szok. Kolejka po obu stronach! Kto by pomyślał. Przebiliśmy się szczęśliwie przez wszystkie bramki i znaleźliśmy się w Tajlandii. Juhu! Cywilizacja! Tajowie chyba wiedzą co odczuwają turyści przyjeżdżający z Kambodży, bo 500 metrów od przejścia pobudowali KFC. Ale się najadłam! Aranyaprathet (nazwa powala) to miasteczko typowo przygraniczne, z dziwnymi osobnikami i podejrzanymi hotelami. Obkupiliśmy się w 7 Eleven (taka azjatycka Żabka) i poszliśmy spać. Następnego dnia czekała nas podróż pociągiem do Bangkoku. Trwała 6 godzin i była całkiem przyjemna.

Kochanie kup mi slonia!

Nie mieliśmy okazji być wcześniej w Bangkoku, a po kambodżańskich trzecich światach nas po prostu zachwycił! Zachłysnęliśmy się czystymi ulicami, brakiem szalonych kierowców i ogólnym stopniem ucywilizowania. Na każdym rogu Mc Donald, KFC i Pizza Hut. Zamiast korzystać z dobrodziejstw osławionego street foodu, zajadaliśmy się zgniłymi owocami kapitalistycznej globalizacji. Było super! Burgerki, frytki i kurczaki, samo zdrowie! Elegancki hostel blisko dworca pozwolił nam na regenerację sił. Pociąg do Malezji jechał 24h i był bardzo komfortowy. Niestety jego trasa, nie wiedzieć czemu, kończyła się w Butterworth i by dotrzeć do Kuala Lumpur musieliśmy się przesiąść na kolejny pociąg. Tym razem bardziej w stylu Pendolino, z wagonem restauracyjnym, klimatyzacją i całą tą nowoczesnością. I tak, po dwóch dniach dotarliśmy do stolicy Malezji. Hostel, który mieliśmy zarezerwowany znajdował się w hinduskiej dzielnicy, nieopodal Chinatown. Blisko wszystkiego. W końcu jedzenie ma smak! Trzy hinduskie knajpy pod nosem, którą wybrać? We wszystkich i tak podają to samo. Ryż z kurczakiem w różnych stopniach ostrości. Ostry, bardzo ostry i zaj… ostry. Bartek wniebowzięty, ja trochę mniej, ale trafiam na coś w miarę zjadliwego. Czas przygotować się na przyjazd Justyny. Znaczy obczaić dojazd na lotnisko. Okazuje się to banalnie proste, bowiem spod nosa odjeżdża nam autobus za jedyne 10 MYR.
W ogóle to to Kuala Lumpur jakieś dziwne jest. Pełno imigrantów :P Pewnie zabierają biednym białasom pracę. Gdyby wylądował tu jakiś członek Młodzieży Wszechpolskiej, dostałby zapewne zawału lub stanów lękowych. Chińczycy, Hindusi, czarnoskórzy Malezyjczycy. Multikulti pełną gębą!

Nadszedł wielki dzień przylotu. Justyna wylądowała w Kuala Lumpur w sumie po 30 h podróży. Polskim Busem z Poznania do Berlina, z Berlina lot do Stambułu i potem do Malezji. Do tego biedna nie była nigdy wcześniej w Azji. Czekał ją spory szok. Oprócz jet laga spowodowanego różnicą czasu (7 godzin) doszedł szok kulturowy. Wielkie, nowoczesne miasto, Hindusi, Chińczycy inne jedzenie. Wszystko inne! Dochodziła do siebie przez dwa dni albo i więcej. Na szczęście miała ze sobą napój, który ułatwiał aklimatyzację. 
Sam przyjazd Justyny był dosyć spontaniczną decyzją i sama nie wiedziała do końca dokąd leci. Na moje pytanie „może nas odwiedzisz?”, odpowiedziała „dobra!”. Zaskoczyła mnie tak szybką i do tego twierdzącą odpowiedzią. Pozostało tylko wymyślić, dokąd pojedziemy. Jej rodzina wpadła w panikę, że na Filipiny. Nie wiem czemu w sumie, ja tam nie mam żadnych złych skojarzeń z tym krajem. Dopiero niedawno zajrzałam na stronę MSZ i przeczytałam, że odradzają z powodu porwań i jakichś zamieszek. Ale to informacja z 2014 roku, więc kto by się tam przejmował.

Restauracja pierwsza klasa

Najbliżsi wyposażyli Justynę w milion złotych rad. Między innymi, żeby nie jadła w ulicznych garkuchniach ani nie piła nic z lodem. Oczywiście pierwszego dnia oba zakazy zostały złamane i Justyna przeszła kulinarny chrzest. Przeżyła bez uszczerbku na zdrowiu i urodzie.

Dzień po jej przylocie wybrałyśmy się na samodzielna wycieczkę do Petronas Towers i na stare miasto. Generalnie wszędzie poruszam się z Bartkiem, i z rzadka zapuszczam się na eskapady dłuższe niż do sklepu za rogiem. Nie muszę się przejmować kierunkami, bo Bartek połknął kiedyś GPS i zawsze wie dokąd iść. Byłyśmy z siebie wielce dumne, że się nie zgubiłyśmy. Zaopatrzone w papierową mapę, wspierałyśmy się maps.me i mapkami rozlokowanymi w Chinatown. Dotarłyśmy też do Ogrodu Botanicznego, który odwiedziłam z Bartkiem 6 lat temu. Niestety nogi wchodziły nam do d…znaczy byłyśmy zmęczone, i na zwiedzanie nie wystarczyło nam sił.

Po dwóch nocach w Kuala Lumpur nadszedł czas na główną atrakcję, czyli Filipiny.
Polecieliśmy na Cebu i prosto z lotniska pojechaliśmy do upatrzonego przeze mnie hostelu (o zgrozo!). Trafiliśmy do kołchozu z łóżkami jak w nocnym pociągu, a po wycieczce do przystani Justyna bała się wyjść na ulicę. Cóż, nawet mnie (bądź co bądź, doświadczonego podróżnika) Cebu trochę przygnębiło Przynajmniej ta część, w której się zatrzymaliśmy. 
Na szczęście im dalej na Filipinach tym lepiej. Z Cebu popłynęliśmy na sławną Alona Beach na Panglao.

Dream team

Z trudem znaleźliśmy nocleg, który mieścił się w naszym budżecie. Na szczęście okazał się całkiem trafny, wszędzie blisko. Szczególnie na plażę (jakieś 50 m) . Jedynym jego mankamentem byli goście. Codziennie ktoś inny. W kolejności wpadli do nas : wielki karaluch, mniejszy karaluch, pająk i stonoga. Jak już zaaklimatyzowaliśmy się w naszym gniazdku i zszedł z nas pierwszy szok i lekkie rozczarowanie mogliśmy cieszyć się tym, co na Filipinach najlepsze : palmami i plażą. Postanowiliśmy nie być, aż tak bardzo leniwymi bułami i pozwiedzać co nieco.
Na pierwszy ogień poszła wyspa Bohol. Słynie z wyraków upiorów i Czekoladowych Wzgórz. Wyraki to takie małe stworki, przypominające małpki, ale małpkami nie są. Bardziej jak Gollum z Władcy Pierścieni, albo Yoda z Gwiezdnych Wojen.

My Precioussss

A Czekoladowe Wzgórza, ku naszemu rozczarowaniu nie były z czekolady – nie dało się ich zjeść. Mieliśmy pogodowego pecha, bo był to jedyny dzień deszczowy przez cały nasz pobyt na Filipinach. W drodze na Czekoladowe Wzgórza przemokliśmy do suchej nitki, do tego widok zasnuwały chmury. Niczym zmokłe kury czekaliśmy, aż przestanie padać i będzie można zjechać na dół. Uciekliśmy ze wzgórz i pojechaliśmy obejrzeć najstraszniejszy most wiszący w tej części świata.
Całkiem spoko i faktycznie niezbyt przyjemnie się po nim chodzi. Do mojej listy lęków (ciemności, zakręty i robaki) mogę dodać też bambusowe wiszące mosty.
Muszę wspomnieć, że naszą wycieczkę odbyliśmy na skuterkach. Trochę się bałam, czy Justyna nie rzuci sprzętu i nie ucieknie z krzykiem, po tym jak dozna kontaktu z azjatyckimi kierowcami. Tak jednak się nie stało. Po pierwszych niepewnych kilometrach, rozhulała się na tyle, żeby rozpędzić swoją maszynę d 80 km/h.  

Alona jest okupowana przez różnej maści naganiaczy, którzy sto razy dziennie oferują wycieczki. Powinniśmy mieć koszulki z napisem „no, thank you”. Jeśli ktoś sto razy cię pyta czy może jednak wycieczka, to w końcu się zgodzisz. Wykazaliśmy się jednak wielkim sprytem i pojawiliśmy się na plaży z rana (wycieczki odbywają się codziennie, wypływa kilkanaście łódek). Dzięki temu Justyna wytargowała najniższą cenę jaką się chyba dało. Poświęcenie to było nie lada, ponieważ rejs zaczynał się o 6 rano. Delfiny, snurkowanie z żółwiami i Virgin Island. Co tu dużo mówić. Było jak w katalogu. Piękny wschód słońca, pogoda idealna, delfinów mnóstwo. Rewelacja. Prawdziwe wakacje od wakacji!

Halo mamo! 


Virgin Island

Po wyturystowaniu się na Panglao ruszyliśmy zaznać trochę spokoju. Moje „planowanie” filipińskich wakacji ograniczyło się do Boholu. Potem do akcji wkroczył Bartek. Wykonałam outsourcing. W końcu Bartek jest logistykiem i zna się na rzeczy, a ja jestem na urlopie i nie będę się zajmować zarządzaniem. Jestem jak Bill Gates czy inny Steve Jobs. Zatrudniam ludzi mądrych, żeby mówili mi co mam robić. Bardzo dobrze mu to wszystko wyszło muszę przyznać. Tylko średnio dwa razy dziennie słyszałam zarzut, że to ja miałam wymyślać rozrywki. 
Justyna wytargowała łódkę na Siquijor. Była dwa razy tańsza niż prom, co nas nie zdziwiło a w sumie powinno. Łódka wysadziła nas na bezludnej plaży, do tego był odpływ i całkiem spory kawałek musieliśmy przejść przez wodę. Oczywiście z plecakami na plecach. Dobrze, że nie zabraliśmy walizek na kółkach! Jak już wytarabaniliśmy się na brzeg i do asfaltu, czekał na nas tricykl. Kierowca oczywiście oczekiwał absurdalnie wysokiej kwoty za przejazd i nie chciał się nawet targować. Zaczekaliśmy na miejscowy transporty (jeepney), bo potem w kolejnej miejscowości jechać tricyklem już za rozsądną cenę.

I co dalej?

Po raz kolejny mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Przeczłapaliśmy wzdłuż pół wioski i wszystko było zajęte. Przewypaśne beach resorty za śmieszną kasę przeszły nam koło nosa. Znaleźliśmy w końcu miejsce do spania. I tak zakotwiczyliśmy na kilka dni w Casa Miranda. Sympatyczny rodzinny guest house. Na śniadanie jajecznica i duuuża kawa, wszystko z widokiem na morze. Cisza i spokój, żadnych chińskich turystów czy podstarzałych Europejczyków z filipińskimi „żonami”. Leniwe plażowanie i wycieczka skuterkami po wyspie. Naszym dylematem było głównie to, o której idziemy na plażę i co zjemy na kolację.


Cogito ergo sum

Co by tu...

Nie można jednak za długo siedzieć w jednym miejscu. Dlatego strzeliliśmy teleporta na Negros. Bartek chciał zażyć trochę chłodu i wymarzył sobie góry i nocleg w „super, zajefajnym” Forest Camp. Pani, z którą miałyśmy wątpliwą przyjemność rozmawiać, w ogóle nie sprawiała wrażenia zainteresowanej zrobieniem z nami biznesu. Pokazała nam najpierw najdroższy domek, potem za nocleg pod dachem zażądała również astronomicznej kwoty. Stwierdziłyśmy o nie, tu nie zostajemy. Szukamy dalej. Bartek został i miał pilnować bagaży, a Justyna i ja ruszyłyśmy w dół wioski szukać szczęścia. Niestety nic nie znalazłyśmy i musiałyśmy zawrócić, w drodze powrotnej zwróciłyśmy uwagę na banner reklamujący Piramidę Wellness. Cóż, może warto spróbować. Idziemy zatem pod górę! Szłyśmy i szłyśmy, a na nasze pytanie czy już niedaleko miejscowi powiedzieli „tam na górce”. No to idziemy. Zatrzymuje się biały pick up, i siedzący w nim Amerykanin pyta się co my to w ogóle robimy. W Azji piechotą się raczej nie chodzi, do tego dwie samotne dziewczyny (ah zginiemy marnie bez rycerskich mężczyzn!). Wyłuszczyłyśmy mu naszą sytuację, że szukamy tej cholernej Piramidy Wellnesu. „Przecież przed chwilą ją minęłyście! Zawiozę was tam, prowadzi ją mój kumpel Dan. On na pewno wam pomoże”. Justyna bez oporów wskoczyła do auta i pojechałyśmy. Dlaczego piszę, że bez oporów. 7 lat temu pojechałyśmy na wakacje i sytuacja zmusiła nas do łapania stopa. Justyna kategorycznie odmawiała, histeryzując, że zatrzyma się jakiś seryjny morderca i gwałciciel. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca.
W każdym razie Piramida Wellnesu Dana faktycznie istniała i ją minęłyśmy. Dan zaproponował nam pokój w super cenie, pojechał nawet z nami po Bartka i nasze plecaki. W ogóle cała wioska to kolonia amerykańskich emerytów. Bartek czekał na nas w Forest Campie, a że nie było zasięgu to nie dostał smsa, że już po niego jedziemy. Nie było nas z półtorej godziny i zdążył już się zestresować, co powie mojej mamie. Justyna, ja i wioska w dżungli to nie jest dobre połączenie. Bardzo się uradował na nasz widok. Przez cały wieczór zmuszałyśmy go do chwalenia nas, jakie to jesteśmy zaradne i jaki to super nocleg ma dzięki nam.
Rano wybraliśmy się na trekking asfaltem do wodospadu. Było potwornie gorąco i wilgotność powietrza sięgała chyba 120%, szło się ciężko. Nasza kondycja nie poprawiła się w podróży ani o jotę. Justyna też stękała, że gorąco i dlaczego pod górkę. By dotrzeć do samego wodospadu trzeba było zejść w dół po zylionie schodów i przeprawić się ze trzy razy przez strumyk. A potem był piękny widok. 
Nasza piramida znajdowała się w totalnej wiosce, jedynie z tzw. „gównosklepami” i powstał problem co z obiadem. Zagadałam do pani, która wydała mi się właścicielką piramidy, czy wie gdzie to można coś zjeść. „Omójboże! Nie jedliście lanczu! Ja wam zaraz coś ugotuję! Chodźcie, chodźcie”. Trochę nas zaskoczyła i skrępowała ta spontaniczna chęć nakarmienia nas. Przy czym okazało się, że pani jest tu na wakacjach od…kwietnia. Nawpychała w nas mnóstwo jedzenia i nie mogliśmy się ruszyć przez całe popołudnie. Nagotowała mnóstwo ryżu z różniastymi warzywami. Jedyne co rozpoznaliśmy to dynia i ogórek. Było nam bardzo przykro, że nie byliśmy w stanie odwdzięczyć się w żaden sposób. Pozmywaliśmy tylko po sobie naczynia.

Wróciliśmy do Damaguete z nadzieją na wypożyczenie skuterków na kilka dni i objechania sobie ciekawego fragmentu wyspy. Los chciał inaczej. Filipińczycy mają wyspiarskie podejście do biznesu. Na nasze pytania czy mają jakieś skutery, odpowiadali bardzo pokrętnie i bez konkretów. Olaliśmy więc temat i pojechaliśmy na kolejną rajską plażę.
Po kilku godzinach podróży autobusem dotarliśmy do Sipalay. Stamtąd szalonym tricyklem przez drogi i bezdroża dojechaliśmy do plaży w środku niczego, by przepłynąć łódką malutką rzeczkę i znaleźć się na Sugar Beach odciętej od świata. Tam za wielu przygód nie mieliśmy. Po wypiciu całego rumu, jaki udało nam się kupić w wiosce, zarządziliśmy odwrót do Cebu. Nieubłaganie zbliżał się termin wylotu do Kuala Lumpur.



Pomidor!

Przemieszczanie się na Filipinach nie należy do najszybszych i najprzyjemniejszych. By przedostać się z Negors do Cebu, musieliśmy wykonać alpejskie kombinacje transportowe. Najpierw dwa autobusy do San Carlos. Pierwszy autobus zatrzymywał się dosłownie co 100 m. Po co zrobić jeden przystanek w wiosce, jak kierowca zatrzyma się na każde zawołanie. I ludzie wsiadali, co 100, 200 czy 300 metrów. Mogli wszyscy stanąć w jednym miejscu, no ale po co? Autobus ruszał, rozpędzał się i gwałtownie hamował. I tak przez 6 godzin! Koszmar. Kierowca kolejnego autobusu nie był już tak litościwy i zatrzymywał się bardzo rzadko. Z San Carlos wypłynęliśmy wczesnym rankiem. Szybka łódka była szybka, ale niezbyt stabilna. Tylko godzina drogi, a czułam się jak po wyciągnięciu z pralki. Zdecydowanie jestem stworzeniem lądowym. Z wielką ulgą wysiadłam na brzeg, by przesiąść się na kolejny szalony pojazd. Kierowca tricykla odstawił nas na lokalny autobus do Cebu. Taki bez okien i z milionem ludzi w środku. Wsiadało się na gwizdek i biedny Bartek ledwo się wtarabanił do środka, to ruszyliśmy. Było ciasno i rzucało, ale przynajmniej szybko dotarliśmy co Cebu. Stamtąd już tylko taksówka na lotnisko i fruuu do Kuala Lumpur. Nieprzyjemnie zaskoczył nas fakt, że za wyjazd w Filipin trzeba płacić! Taka wiza, tylko że wyjazdowa (750 peso). Wymęczeni wylądowaliśmy w Malezji. Zdążyliśmy jeszcze spotkać się na lotnisku z Szaround The World (lecieli na Bali) i pojechaliśmy odpoczywać do hostelu. Wieczorem następnego dnia wsadziliśmy Justynę do autobusu na lotnisko i wyskoczyliśmy na pierogi z Weroniką z Not at her desk

Filipiny

Filipiny polecają się na wakacje. Jeśli chcecie odpocząć od codzienności i szarości to Filipiny idealnie się do tego nadają. O bezludności Filipin można zapomnieć, i jeśli chcecie eksplorować dziewicze plaże to pozostało jedynie lecieć w kosmos (choć i tam są pewnie chińskie wycieczki). Są miejsca imprezowe i bardziej turystyczne, jak i spokojne niezatłoczone dobre do relaksu. Jest trochę nowocześnie i trochę azjatycko. 
Oczywiście to biedny kraj z całą masą problemów gospodarczych i społecznych. Bezdomność, żebrzące dzieci na ulicach, bieda czy niesprawiedliwy podział dóbr. Mnie najbardziej raziła wszechobecna i akceptowalna prostytucja. Filipiny to kraj bardzo religijny, obnoszący się ze swoją wiarą. W każdej byle wiosce kościół: baptyści, zielonoświątkowcy czy Świadkowie Jehowy. Ale jakoś nie mają problemu ze sprzedawaniem swoich żon i córek podstarzałym białasom. Za 1000 peso ( 25 euro!!!) można mieć całodniową „eskortę”. Filipiny to dość popularne miejsce dla Amerykanów, którzy osiedlają się tu na emeryturze. Budują domy, prowadzą jakieś biznesy i mają filipińskie „żony”. Niektórzy wysyłają je nawet na studia pielęgniarskie, żeby mieć fachową opiekę na starość. Jak dla mnie, ohyda. 
Jestem zdecydowaną przeciwniczką tzw. „biedaturystyki”, nie robimy zdjęć slumsom, żebrakom czy sierotkom. To wszystko są żywi ludzie, ich dramaty i uważam, że bardzo nie na miejscu jest strzelanie fotek, by się na tym lansować. Warto znać drugą, niezbyt sympatyczną stronę turystyki, i starać się w miarę rozsądnie uczestniczyć w tym wszystkim. Czy myślicie, że wasze zdjęcie biednej sierotki coś zmieni? Znajomi na fejsie pokiwają ze smutkiem głową, westchną „oj tak” i dalej będą oglądać „Na Wspólnej” i pobiegną do H&Mu po tanią koszulkę uszytą przez kambodżańskie dziecko. Takie traktowanie dramatów ludzkich sprzyja tylko tabloidyzacji problemu. Ludzie epatują zdjęciami biedy i pokazują jacy są wrażliwi. A klikalność postu na fejsbuniu wzrasta. Myślę, że od takich historii są profesjonalni działacze, dziennikarze czy reportażyści. Opiszą problem z lepszym skutkiem niż samozwańczy „podróżnik”, co oderwał swoje dupsko od fotela w korpo i myśli, że odkrywa Amerykę i zbawia świat. Lepiej zrobić coś innego np. to: KIVA 

Link do zdjec z Filipin https://goo.gl/photos/DEaZinuift6tim8d9
No drugs only hugs
2.3.16

No drugs only hugs