niedziela, 5 lipca 2015

Polonya'de
5.7.15

Polonya'de

Czas w Stambule mijał nam zdecydowanie leniwie. Od kebabu do kebabu, od kawki do kawki, od parku do parku. Od czasu kiedy byłem tu ostatni raz 8 lat temu zmieniło się wiele. Nie ma już też taniego hotelu w dzielnicy Sirkeci, w którym miałem okazję spać kilka razy. W Sultanahmet wszystko kręci się wokół turysty. Przez chwilę zapominam gdzie jestem i nie pytam o cenę winogron przed zakupem... potem okazuje się, że przepłacam dwukrotnie.

Po dwóch dniach rozkoszowania się nicnieróbstwem i dobrym jedzeniem, we wtorek zwlekamy się o świcie. Wychodzę na taras hostelu, a nad Bosforem właśnie pojawia się słońce. Wyzwanie na ten poranek to przeprawić się na drugi kontynent. Sprzed tych paru lat pamiętam, że na drugą stronę cieśniny można dostać się dość sprawie promem, który odpływa z okolic mostu Galata. Po 4 liry za głowę i wjeżdzany na pokład. Morze nie jest specjalnie spokojne i Laurze nieco miękną nogi. Rejs, choć widokowy, nie trwa niestety zbyt długo. Chwila koncentracji i włączamy się na kolejne 40km w grę podobną do rosyjskiej ruletki. Przedmieścia ciągną się w nieskończoność i płynnie przechodzą w obszary industrialne. Praktycznie do Izmitu ciągną się zabudowania przemysłowe przeplatane miasteczkami. Niespodziewanie za Izmitem zaczynają się góry, a krajobraz jest coraz bardziej urozmaicony. Tak, aż do samego Bolu pniemy się pod górę. Górski klimat Bolu wprowadza nas w senny nastrój, więc w dalszą drogę zbieramy się, aż do czwartku. Pozostaje nam nieco przyspieszyć tempo, bo w Samsunie mamy już nagranego hosta z CS. Z kolejnym przystankiem w Kastamonu, przecinamy malowniczą centralną Anatolię, która zaskakuje nas zróżnicowanym krajobrazem, raz wjeżdżamy na ponad 1400mnpm, po to by zaraz stoczyć się kilkunastokilometrowym zjazdem. Po drodze zahaczamy największe atrakcje regionu, w tym Safranbolu, w którym zachowana jest oryginalna otomańska zabudowa.


Turcy poza nieustannym trąbieniem, które jest często oznaką sympatii, przyjeli nas bardzo życzliwie. Ledwo zatrzymaliśmy się w Kastamonu i już jednoznacznym gestem otrzymujemy od starszych mężczyzn zaproszenie na herbatę do lokalnej "czajsy", czyli tradycyjnego miejsca calodzinnego pobytu tureckich jegomości. "Polonya'de" (z Polski), kilka gestów i jesteśmy dogadani. W drodze, co chwilę ktoś do nas macha, na stacjach robimy sobie wspólne zdjęcia, a zdarzyło się, że i policja nas zatrzymała, żeby sobie pogadać o tym skąd i dokąd, nie śmiali sprawdzić dokumentów.


Na jakimś blogu wyczytalem wcześniej, żeby trasę do Samsun zaplanować tak, by wiodła wzdłuż zalewu Altinkaya. Zdecydowanie warto, droga choć kręta, a nawierzchnia pokryta sypkim żwirem, za to widoki odpłacają. Ostatnie 50km do Samsunu to już zjazd z wielkiej górki.


W Samsunie, 600 tys. mieście portowym, o którym przewodniki piszą, że nic w nim nie ma, czeka na nas Perit, nasz gospodarz na najbliższe dwie noce. Perit, Czerkies, którego pradziadków Rosjanie przegnali z pólnocnego Kaukazu, przeniósł się tutaj ze Stambułu by rozkręcić własną szkołę językową. W 100 metrowym mieszkaniu na 10 piętrze nowoczesnego apartamentowca czeka na nas sypialnia i dwa wygodne łóżka. Wieczór mija nam na przechadzce po kilkunastokilometrowej promenadzie i wspólnej kolacji w tętniącej życiem knajpce. W niedzielę, by okazać wdzięczność, zagniatamy pierogi. Wieczorem zasiadamy przy stole i w asyście lokalnych napojów chmielowych oraz naszego rękodzieła nocne Polaków i Czerkiesów rozmowy prowadzimy.