piątek, 4 września 2015

Trans-Rosja
4.9.15

Trans-Rosja


Po powrocie z Omalo zadekowaliśmy się w hostelu na tydzień. Padało, więc nie było sensu nigdzie wyjeżdżać. A i czasem przydaje się lenistwo. Jak tylko odebraliśmy nasze kazachskie wizy, ruszyliśmy w drogę do Rosji. Jedyna droga do granicy prowadzi przez tzw. Gruzińską Drogę Wojenną. Jest to trasa znana od starożytności. Swoją nazwę zawdzięcza XIX wiecznej modernizacji, władze rosyjskie poszerzyły i wzmocniły drogę, umożliwiając przerzut oddziałów wojskowych. Jak do tej pory najpiękniejsza droga, którą jechaliśmy. 208 km pełne malowniczych zakrętów, niesamowitych widoków i podjazdu na Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.).




W ostatniej wsi przed granicą, Stepansminde, znajduje się kościół Cminda Sameba – Gergeti (Świętej Trójcy). Prowadzi do niego droga off-roadowa. Chcieliśmy wjechać na górę i tam rozbić namiot. Zniechęcił nas tłok panujący na dojeździe, do tego GPS nas źle poprowadził i musieliśmy zawracać. Przy zawracaniu zblokowałam sobie koło i zaliczyłam glebę. Bartek ruszył mi na ratunek, najpierw mnie zbeształ, że nie mam siły podnieść motocykla. Dopiero po 15 minutach zapytał czy nic mi nie jest. Nie ma to jak troskliwy mężczyzna:) Zjechaliśmy na dół zatem. Zaczekaliśmy na naszych towarzyszy- Włóczylników. Znaleźliśmy nocleg, i wymaszerowaliśmy na podbój kościoła Cminda Sameba. Wspinaczka była bardzo męcząca (znów ta kondycja!), ale się udało. Pożałowałam, że nie wjechaliśmy na górę. Miejsce na nocleg naprawdę spektakularne, z widokiem na Kazbeg. Mówi się trudno.


Rano, jak zwykle "wcześnie" wstaliśmy i podjęliśmy próbę przeforsowania granicy z Rosją. Bojowo nastawieni, przygotowani na wiele godzin stania i wypełniania papierków, rozczarowaliśmy się pozytywnie. Na motocyklach cyk,cyk ominęliśmy kolejkę, a dokumentów nie było aż tak dużo. Po godzinie formalności nasze koła przejechały pierwsze rosyjskie kilometry. Nocleg zaplanowaliśmy w Groznym. Czeczenia kojarzy się z wojną, przemocą i konfliktem zbrojnym. W 2003 roku ONZ nazwało Grozne najbardziej zniszczonym miastem na świecie, by już w 2009 przyznać nagrodę za odbudowę miasta. Dzięki gigantycznym inwestycjom miasto wygląda w tej chwili jak nowe. 
Zatrzymujemy się w centrum i pierwszą osobą,która do nas podchodzi jest Czeczen mówiący płynnie po polsku! Niesamowite. Nasz nowy znajomy idzie z nami na obiad i dzięki temu poznajemy trochę szczegółów zwykłego życia. W Polsce przebywał w raz z rodziną w latach 2009-2011. W Czeczenii skończył studia i pracuje w centrum nauki. Ma też narzeczoną, znają się cztery miesiące, i ślub mają zaplanowany na grudzień. Jak widać w Czeczenii długo się nie czeka:) Biedak nawet nie może się z narzeczoną za rękę potrzymać. Na nasze dociekania, czy naprawdę NIC nie mogą przed ślubem, reaguje śmiechem. Dowiadujemy się również, że średnia liczba dzieci w rodzinie to czworo, a najlepiej sześcioro. Podczas rozmowy przyglądam się czeczeńskim kobietom. Jest to republika islamska, i w teorii trzyma się zasad islamu. Styl Czeczenek mogę określić jako irańsko-rosyjski. Mają chusty, ledwie zakrywające czubek głowy, i długie spódnice. Do tego buty na wysokim obcasie, biżuterię, makijaż. Suknie bardzo kolorowe i dalekie od skromności. Miejscowe Rosjanki ubierają się normalnie.
Z "naszym" Czeczenem odwiedzamy jeszcze informację turystyczną, i strzelamy sobie serię fotek na Instagrama (jest bardzo w Rosji, a szczególnie Czeczeni popularny). Dzięki nowo zawartym znajomościom trafiamy do pierwszego hostelu w Groznym. Bardzo nas to cieszy, ponieważ ceny są niezwykle atrakcyjne, a pozostałe hotele drogie. Trochę się obawiamy zostawić motocykle na parkingu, ale wzbudzamy takie zainteresowanie i wszyscy są tak uprzejmi, że w sumie nie ma się co bać. A pan policjant pozwala nam zaparkować na chodniku, pod samymi drzwiami hostelu. Do tego pół dzielnicy nas obserwuje. Możemy spokojnie zwiedzać miasto.  Grozny City- kilka luksusowych wieżowców, azerska inwestycja. Meczet Serce Czeczenii-zafundowali Turcy.


W powrotnej drodze przystajemy na chwilę przed elegancką restauracją i zastanawiamy się co to za impreza. Otóż było to czeczeńskie wesele. Momentalnie zostajemy zaproszeni do środka. Nie przyjmują odmowy. Czujemy się trochę nieswojo-wszyscy bardzo eleganccy, a my zwyczajnie ubrani. Szokuje nas przepych i ilość gości. Sala balowa z wielkimi kryształowymi żyrandolami. Profesjonalna ekipa zdjęciowa, wielki telebim pokazujący co się dzieje na sali. Każdy stolik ma indywidualną obsługę. Nasze talerze ani chwili nie zostają puste. Chłopaki rzucają się na mięso, ja dopadam łososia. Ostatnio tyle jedzenia na raz widziałam u mamy na obiedzie :) W końcu udaje nam się wyjść. Nie ma jednak łatwo, zagadują nas goście weselni. Teraz chwila dla Ani i Łukasza-mogą odświeżyć swój norweski. Czujemy się wykluczeni- nic nie rozumiemy:) 
Dla mieszkańca Kaukazu, zaproszenie gościa do domu to sprawa honoru. Powiedzenie "gość w dom, Bóg w dom", jest traktowane tu dosłownie. W dawnych czasach zapewnienie gościowi posiłku i noclegu było obowiązkiem. A kiedy zaszła potrzeba, gospodarz winien był bronić życia gościa. Gościnność Czeczenów jest szczera i prawdziwa. Czujemy się tam bardzo bezpiecznie. Proszą nas, by szerzyć dobre słowo o Czeczenii, co czynimy :)
Dziwny jest ten świat. Jednego dnia spotkać Czeczenów mówiących po polsku i norwesku.




Z pełnymi brzuchami idziemy spać, by jak zwykle "wcześnie" wyruszyć w drogę. Kierunek- Astrachań. Podobno jest jakiś skrót. Spróbujemy. Skrót okazuje się nie do przejechania. Otrzymałam pouczenie, żeby wspomnieć tutaj, że to my wymiękłyśmy. Zobaczyłyśmy z Anią drogę i padło "nie". Zawracamy kawałek i jedziemy właściwą trasą. Jedziemy jakieś 100 km, zaczyna się robić ciemno, a po drodze żadnego miejsca na nocleg. W momencie gdy przechodzę na rezerwę paliwa, dojeżdżamy do stacji benzynowej. Ufff. Do tego pani wskazuje nam miejsce na nocleg. Jesteśmy uratowani. 

Niesympatyczny Kazach nie chce negocjować ceny. Nie przekonuje go nawet brak gotówki, i załatwia nam możliwość płatności kartą na stacji benzynowej. Całkiem komfortowy domek, tyle że komary gryzą. Jest duży telewizor, możemy obejrzeć film! Po 15 minutach Bartek jak zwykle zasypia. Czyżby mu się nie podobało? ;)

Daleko do tego Astrachania nie jest, tak nam się przynajmniej wydaje. Po drodze spotyka nas niespodzianka. Droga do Astrachania nagle się kończy. Wg Google Maps jest, a w rzeczywistości przeradza się w szuter, a potem piach. Mimo wszystko znaki drogowe wskazują ten kierunek. 120 km Astrachań. Miejscowi podpowiadają nam objazd do drogi asfaltowej, tylko 15 km szutrem. Próbujemy. Czekamy na Anię i Łukasza i próbujemy się przebić. Po drodze jeden z kierowców straszy nas, że nie przejedziemy tego odcinka. My nie przejedziemy ? Jest nawet fajnie:) Dobrze, że tylko 15 km. Dobijamy do asfaltu i dalej już prosto do Astrachania. Tam najpierw nie możemy znaleźć hostelu. Potem okazuje się, że nasza rezerwacja zniknęła. Właściciel proponuje nam mieszkanie w cenie pokoju. Nie mamy za bardzo wyjścia. Jest późno i chcemy odpocząć. Mieszkanie jest utrzymane w stylu poźno-sowieckim, boazeria i linoleum. Za tak niską cenę (90 zł) nie wybrzydzamy. Na podwórku wzbudzamy sensację, dzieciaki są zafascynowane motocyklami. Parkujemy je na parkingu strzeżonym, to nie jest Czeczenia. 

Czeka na nas przejście graniczne z Kazachstanem. Oczywiście nie udaje się nam wcześnie wstać :) Po drodze spotykamy parę Niemców na BMW X-Challenge i tak w szóstkę podążamy do granicy. Kolejki brak, nikt nas nie sprawdza za bardzo, wypełniamy jeden dokument. Już? Dziwnie szybko.  Kazachstan wita nas straszliwym wiatrem i koszmarnymi drogami. Są naprawdę ZŁE.
Pierwsze 50 km to slalom między gigantycznymi dziurami. Potem dziury znikają i bujamy się w koleinach. Dla urozmaicenia przez jezdnie przebiegają wielbłądy, a Bartek na dziurach gubi jedną sakwę. Droga prowadzi cały czas przez step. Gdyby nie emocje związane z lawirowaniem po nawierzchni, można by zasnąć z nudów. 


Do Atyrau dojeżdżamy wieczorem. Wszystkie hotele były drogie, zdecydowaliśmy się zatem na wynajem mieszkania przez agencję nieruchomości. Nie wiedzieć czemu, człowiek który miał pokazać nam mieszkanie, bardzo chciał nas wysłać do hotelu. Nie mieściło mu się w głowie, że obcokrajowcy nie chcą spać w hotelu. I bał się, że mieszkanie nie będzie nam odpowiadać. Okazało się inaczej. Mieszkanie jest super. Zostajemy. Takich luksusów dawno nie mieliśmy.