poniedziałek, 5 października 2015

Górzystan
5.10.15

Górzystan


Przejście graniczne Uzbekistan/Kirgistan było niewielkie. Po stronie kirgiskiej kilka kontenerów, paru strażników, brak chętnych do przekraczania granicy.  W okienku pokazujemy paszporty, pan wbija nam pieczątkę. Welcome to Kyrgyzstan! Ale, że co?  Że już? Tylko tyle? Żadnych dokumentów, deklaracji, kser, papierów, formalności? Jesteśmy rozczarowani. Po chwili podchodzi do nas celnik i odsyła do kolejnej budki. A jednak! Nie zawiedli nas. Musimy opłacić podatek ekologiczny i wypełnić deklarację celną. Chwilowo nie ma prądu, więc musimy zaczekać. W tak zwanym międzyczasie zostaję wpuszczona na teren Kirgistanu, żeby wymienić somy na... somy :) Prąd wraca, możemy przystąpić do papierologii. Nie ma jej tak dużo i po około 30 minutach jesteśmy wolni.
Bartka motocykl zaczął strajkować już w Uzbekistanie. Przypuszczaliśmy, że to od uzbeckiego paliwa. Tankowanie "normalnej" 92 nie pomaga. Wiemy, że w Osh mieszka Patrick. Szwajcar, który ma wypożyczalnię motocykli i warsztat. Będzie gdzie rozbebeszyć gaźnik.
Przejeżdżamy przez cuchnący spalinami korek w Osh i dzięki pomocy lokalnych dzieciaków, trafiamy do Patricka. Niestety nie ma go w domu, ale jego żona mówi, że możemy skorzystać z garażu i narzędzi jeśli jest taka potrzeba. Podpowiada nam też, gdzie w Osh możemy się zatrzymać. Tes Guesthouse okazuje się rowerowym centrum Osh. Zjechali się tam chyba wszyscy rowerzyści z okolicy. Francuzi, Szwajcarzy, Niemcy i oczywiście Polak (Hubert z Kierunek Wschód).

Następny dzień Bartek poświęca na zdiagnozowanie problemu. Wyciąga gaźnik, ale to nie to. Okazuje się, że to króciec ssący, taka gumowa rurka łącząca gaźnik z silnikiem. I ta rurka się przedziurawiła. Po konsultacjach z internetem i Jarkiem z forum BMW, decyduje się na naprawę. Trochę silikonu samochodowego, taśma izolacyjna, power tape i trytytki. Dla pewności zamawiamy jednak część z Polski.
W Osh spędzamy kilka leniwych dni. W tym czasie dowiadujemy się również, że tadżycki konsulat jest zamknięty do końca września. Nasz plan podboju Pamiru zatem upada. Bartek zamieszcza ogłoszenie o sprzedaży motocykli i znajduje pierwszych chętnych.

Nie można jednak za długo siedzieć w jednym miejscu. Wyruszamy do Arslanbob. Są tam wodospady i ładne widoki. Pogoda nam jednak nie sprzyja, bo następnego dnia po przyjeździe zaczyna padać deszcz, i pada caaały dzień. Czekamy na okno pogodowe, żeby móc ruszyć dalej. Wybieramy się też na pieszą wycieczkę nad słynne wodospady. Docieramy tylko do małego wodospadu, bo w czasie wycieczki na duży łapie nas deszcz i grad.
W Kirgistanie jest całkiem dobrze rozwinięta baza noclegowa, oprócz klasycznych guesthouse'ów, są tzw homestay'e. Czyli noclegi u lokalnych mieszkańców, zgłoszonych do organizacji np. CBT (Community Based Tourism). W Arslanbob trafiamy właśnie do takiego domu. Rządzi tam dziadek, któremu Bartek od razu przypada do gustu. Nazywa go Ali (z arabskiego "wysoki"), bez przerwy żartuje i klepie po plecach. Podśmiechuje się też z niego, że musi gotować.


Gdy pogoda się poprawia jedziemy w kierunku Toktogul. Krajobraz po drodze jest spektakularny. Zapierający po prostu dech w piersiach. Przyroda w Kirgistanie jest powalająca, jak na europejskie standardy wręcz dziewicza. Pogoda była idealna, żadnej chmurki na niebie, słoneczko. Cudowna trasa. "Niemożliwe, że te góry w tle jeziora są prawdziwe", myślę sobie w duchu. Wyglądają jak dorysowane. Nie możemy sobie odmówić i co chwilę zatrzymujemy się żeby robić zdjęcia. Kirgistan trafia pierwsze miejsce w moim rankingu najpiękniejszych krajów.



W Toktogul przydarza nam się chyba najbardziej zaskakujący nocleg podróży. Na Wikitravel Bartek wynalazł adres hotelu o nazwie Sezim. Podjeżdżamy, a tam oczywiście żadnego napisu, nic co by świadczyło, że to hotel. Udaję się na zwiady do środka, ale nikogo tam nie ma. Dzwonimy pod podany w internecie nr telefonu. Właściciel po chwili przyjeżdża i pokazuje mi pokój. Cena za nocleg 1000 somów (55 zł), pytam dwa razy czy to aby za dwie osoby. Tak. "Hotel" jest nowy, elegancko urządzony i mamy najwygodniejsze łóżko na świecie! Szkoda, że rano trzeba wstawać...

Mamy do pokonania przełęcz na wysokości ponad 3000 m n.p.m. Robi się zimno i zakładamy coraz więcej warstw odzieży. Droga wije się miłymi zakrętami, jedziemy przez pustkowia. Gdzieniegdzie pojedyncze jurty, czy stoiska z miodem. Mnóstwo przestrzeni i pięknych widoków. Na przełęczy jest już śnieg, na szczęście nie na asfalcie. Obowiązkowy przystanek i kilka selfików dla potomności.


Dalej droga prowadzi w dół i przez dolinę. Długa, prosta droga, czasem przetnie je przebiegające stado owiec lub koni, tak z 200 sztuk. Po drodze jurty, pasące się zwierzęta. Nocleg planujemy w Chayek, chyba że uda nam się dojechać do Kochkor. Na stacji benzynowej pan straszy nas, że do Kochkoru nie ma asfaltu. "No pięknie, 200 km po szutrze". Chociaż wg Lonely Planet asfaltu nie ma przez 40 km. Prawda leży pośrodku, bo asfaltu nie ma przez 80 km. Początkowo się strasznie wkurzam na Bartka, że wybrał taką trasę. 




Momentami okropnie trzęsie, bo samochody zrobiły z szutru "tarkę" w poprzek drogi. Jest jednak tak uroczo, że nie gniewam się długo. Jedziemy wzdłuż rzeki, wśród wspaniałej scenerii. Asfalt pojawia się nagle i jest podejrzanie dobrej jakości. Budują go Chińczycy, zaaferowany chiński inżynier biega po placu budowy w te i z powrotem.
Dojeżdżamy do Chayek, a kolejnego dnia podążamy w stronę Kochkoru, skąd mamy koncepcję na wycieczkę nad jezioro Song-Kul. Spotykamy Brytyjczyków, którzy dojechali z Bułgarii do Kirgistanu w 2,5 tyg na Suzuki DR 350. Niezły wyczyn! Szosa do Kochokru jest dziurawa, i lepiej by było gdyby nie miała asfaltu. Życzenie się spełnia i przez jakieś 40 km suniemy po szutrowej dolinie, która oczywiście jest miła dla oka i niezwykle widokowa.

Kochkor jak każda miejscowość w Kirgistanie jest brzydki i chaotyczny. Szukając noclegu trafiamy do guesthouse'u w europejskim stylu. Dostajemy podwójne małżeńskie łoże i ciepłą herbatę. Właścicielka organizuje też nocleg nad Song-kulem. Fantastycznie. "Nasze" Włóczylinki chcą do nas dołączyć. Deklarują, że dotrą późnym popołudniem. Rezerwujemy zatem czteroosobową jurtę z ogrzewaniem. Koło 11 ruszamy z Kochkoru. Wiemy, że asfaltu nie ma przez 50 km. W jednym z ostatnich miejsc z zasięgiem, wysyłamy Linkom SMSa, że droga spoko i pogoda też.
Kirgistan to mały kraj, więc spotykamy znajomych na trasie. Hubert z Kierunek Wschód i jego kolega właśnie zjeżdżają w dół. Mówią, że do góry zimno ale pięknie. Od nich dowiadujemy się też, że przed nami przełęcz do pokonania. Jedyne 3500 m n.p.m. Kończy się szuter i zaczyna ubita droga. Powoli wspinamy się pod górę. Jest ciekawie, ale w skali Omalo daję 4 punkty (z 10 możliwych). Za przełęczą widać już jezioro. Prowadzi do niego piękna długa prosta. Bartek chyba zachłysnął się widokami, bo na tej prostej zaliczył glebę. Najszybciej jak mogłam (haha!) dogoniłam go, by sprawdzić czy nic mu się nie stało. Na szczęście cały. Tylko nóżka tylnego hamulca lekko się wygięła. Nie z takimi rzeczami sobie radziliśmy! Trochę ostrożniej jedziemy dalej.Wiemy, że nasza jurta znajduje się na wschodnim brzegu. Przed nami pojawia się problem w postaci rzeczki, na pierwszy rzut oka całkiem sporej. Na drugi rzut oka, Bartek jest na drugiej stronie. No przecież sama nie przejadę! Wracaj tu i zrób to za mnie. Gestykulujemy do siebie i krzyczymy, aż w końcu Bartek robi dużego susa i... spektakularnie opryskuje się cały wodą :) Ja wynajduję lepsze przejście, i moje burty z Goretexem znoszą dzielnie test chodzenia po wodzie.

A za rzeczką... rozpościerają się bezkres górskich łąk z jeziorem w tle.


Nagle odnajduję w sobie duszę motocyklisty enduro i śmigam po tych łąkach jak szalona. Bartek się wystraszył, że zablokował mi się gaz. Mój motocykl idealnie się spisywał w takim terenie, elegancko wybierał dołki i pagórki. Ach, jaka radość! Podjeżdżamy pod naszą jurtę i przez resztę popołudnia kontemplujemy przyrodę. Trochę też martwimy się o Włóczylinków. Napisałam, że droga spoko tyle, że nie wiedziałam wtedy o przełęczy i rzeczce. Nie było też jak im wysłać koordynatów GPS do miejsca. Siedzimy sobie w jurcie i jemy makaron i nagle słyszę motocykl. Juhu to oni! Wybiegam szybko, żeby nas nie przegapili i macham. Wieczór spędzamy na piciu... herbaty i rozmowach.
Koza wstawiona do jurty grzała prawie całą noc. Nie, nie żywa koza, tylko piecyk na suszone krowie placki. Nad ranem budzę się z lekko tylko zmarzniętym nosem. I otrzymuję informację, że spadł śnieg. No pięknie, to powrót będzie przygodą. Szczególnie, że nad przełęczą wiszą ciemne chmury. Ubieramy się w kilka warstw odzieży termoaktywnej i ruszamy na dół. Na szczęście pogoda się poprawia, ale szczyty ośnieżone są zdecydowanie bardziej niż wczoraj. Połowa września, to czas w którym pasterze wracają z gór do wiosek. Po drodze cały czas mijamy stada owiec lub koni pędzone w dół. Pędzące po zboczu góry stado koni to widok jak z filmu. I trafiają się wymarzone przez Bartka jaki.

W Kochkor zostajemy jeden dzień dłużej, trzeba odpocząć po offroadzie. Tam przyjdzie nam żegnać się z Włóczylinkami, udają się bowiem do Państwa Środka. Spędziliśmy z nimi wiele zabawnych i sympatycznych chwil. Bartek wspierał ich swoją znajomością rosyjskiego,a oni nas przedłużaczem, pralką czy sznurkiem.


Jedziemy do Karakol. Żeby tam dotrzeć musimy objechać pół jeziora Issyk-kul. Po drodze spotykamy Koreańczyka na motocyklu oraz Eda, którego zna już chyba cały Kirgistan.
Nie był to mój dzień. Asfalt był jakiś nieprzyjazny, samochody irytujące i mnóstwo szalonych krów na drodze. Dwie z nich postanowiły podnieść mi poziom adrenaliny. Zerwały się z postronka pasterzowi i w amoku wbiegły na jezdnię. Bartek zdążył je zauważyć i wyminąć. Mi wpakowały się prosto pod koła. Błyskawiczna reakcja i hamowanie. Zdążyłam jeszcze pomyśleć żeby nie trzaskać w oba hamulce na raz. Trochę przodem (żeby koła nie zblokować), i z całej siły tył. Słyszałam pisk hamulców i czułam jak zarzuca mi tył motocykla. Ufff. Udało mi się wyhamować. Gdybym jechała 10 km szybciej...lepiej o tym nie myśleć. Były by stejki. Wiem o czym mówią w reklamach nakłaniających do przestrzegania prędkości.

W Karakol znowu bąblujemy, bo pogoda brzydka. W hostelu (jest tu ogrzewanie podłogowe-sensacja na całą Azję Centralną!) spotykamy Czechów i oczywiście Polaka. A także parę Szwajcarów na rowerach. Mamy dość baraniny i zamawiamy pizzę. Nie jest powalająca i niezbyt duża, ale jaka miła odmiana! Przestaje padać więc można ruszyć w drogę, nasz kolejny cel to Chołpon-Ata. Kurort nad Issyk-kulem.
Z racji, że to kurort dla Rosjan, nie stać nas na nic innego niż hostel. Niestety pani zgubiła kluczyk o bramy i motocykle musimy zaparkować na ulicy. Trochę się obawiamy, bo w Kirgistanie budzą one niezdrowe zainteresowanie, a telefony z ogłoszenia się urywają. Pani z apteki otwartej 24h, mówi że możemy przed apteką stać, ona tu patrzy. Dla pewności spinamy je łańcuchem.
Chcemy zobaczyć plażę. Niestety trudno się do niej dostać. Najpierw małą uliczką do parku, który okazuje się prywatną posiadłością. Nikt do nas nie strzela, ale plażę widzimy zza ogrodzenia wysokiego na jakieś 3 m. Ale Polak potrafi i znajdujemy lukę w systemie, czyli dziurę w płocie. Widok jest jak w Szwajcarii (nigdy nie byłam, ale tak to chyba wygląda). 


Błękitna woda styka się z wysokimi, ośnieżonymi szczytami. Fundujemy sobie romantyczny spacer po plaży i sesję zdjęciową. Dzień później jedziemy do Biszkeku. Różnica wysokości powoduje chyba mieszanie się frontów atmosferycznych i pojawia się koszmarny wiatr. Wieje tak mocno, że prawie zwiewa nas do Kazachstanu.