poniedziałek, 2 listopada 2015

No worries, mate
2.11.15

No worries, mate

Zdobycie chińskiej wizy w Kirgistanie wcale nie należy do najłatwiejszych. Pośrednik w Biszkeku liczy sobie 150 USD za osobę, ale z doniesień internetowych wiemy, że samodzielne załatwienie tej sprawy jest praktycznie niemożliwe. Innych papierów, niż od lokalnego pośrednika konsul nie akceptuje. Wymagany jest LOI (letter of invitation), ale nie kopia jak to jest w innych krajach, tylko oryginał. Do tego lot w obie strony i hotele na czas pobytu, i wyciąg z konta, że stać mnie na pobyt w Chinach.
Zgłosiliśmy się zatem do pośrednika. Wnieśliśmy stosowne opłaty i po powrocie z Tadżykistanu pojechaliśmy na rozmowę z konsulem. Trzeba stawić się dużo wcześniej przed otwarciem konsulatu, żeby zapisać się na specjalną listę kolejkową. Potem pojawia się „opiekun” z agencji wyrabiającej nam wizy i można wejść do środka. Sam proces wygląda dość absurdalnie. W pomieszczeniu konsulatu mnóstwo „ciotek” z biur wizowych, każda z pękiem paszportów i plikiem papierów. Na szybko uzupełniamy nasze wnioski wizowe, podpisujemy się i idziemy do okienka gdzie przesłuchuje konsul. Trzy minuty przed rozmową dowiedziałam się jak wygląda mój „plan” wycieczki. Wszyscy wiedzą, że dokumenty od pośrednika są lewe, ale inaczej wizy się nie dostanie. Ktoś dostaje tutaj prowizję? Po tej dziwnej procedurze, konsul przybija na nasze wnioski czerwoną pieczątkę i za tydzień możemy odebrać wizy.
W związku z tym, że chcieliśmy budżetowo pokonać trasę do Chin, czekała nas długa droga. Można oczywiście pojechać bezpośrednim autobusem z Osz do Kaszgaru w Chinach, ale takie rzeczy są dla mięczaków (za osobę 600 juanów = 360 zł).
Polecieliśmy z Biszkeku do Osz za jedyne 27 USD. Inny środek transportu w tym przypadku był bezsensowny. Pociągu nie ma, a marszrutką zajmuje to cały dzień i kosztuje tyle samo. W Osz chcieliśmy poszukać taksówki dzielonej lub marszrutki do Sary-tash, wioski 100 km od granicy z Chinami. Oczywiście miejscowi taksówkarze wmawiali nam, że nie ma marszrutek po sezonie, a taksówka to ze 100 USD. Oczywiście było to nieprawdą, bo właściciel hostelu potwierdził, że autobusik jeździ codziennie.
Jak zwykle jednak mamy szczęście, bo przy śniadaniu w hostelu okazało się, że dwóch Australijczyków jedzie do Tadżykistanu i też chcą się zatrzymać w Sary-tash. I że z chęcią nas podrzucą. Idealnie! Lepsze to niż jechać z jakimś szalonym Kirgizem.
W Sary-tashu nocujemy w „hotelu” i rano szukamy transportu do granicy. Wioska leży na wysokości ponad 3000 m n.p.m. leży mnóstwo śniegu, ciężko się oddycha i jest bardzo zimno, z pewnością poniżej -10 C.


Bartek chciałby jechać stopem, najlepiej ciężarówką. Ale na stacji benzynowej czeka auto i jego właściciel oferuje nam swoje usługi transportowe (1200 som = 70 zł). Wg Bartka przepłacamy, ale trudno. Nasz kierowca jedzie wyjątkowo ostrożnie jak na Kirgiza. Może dlatego, że droga nie wszędzie jest odśnieżona i momentami jedziemy po zamarzniętym śniegu. Do tego mam spore wątpliwości, czy Kirgizi znają coś takiego jak zimowe opony. 


Po dwóch godzinach jazdy docieramy do granic Kirgistanu, bez większych przeszkód przechodzimy kontrolę. To przejście graniczne jest w zasadzie tylko dla ciężarówek, ale nikt nie robi nam problemów. Pozostaje nam dotrzeć 4 km do pierwszego checkpointu Chińczyków. Na szczęście po chwili podjeżdża kirgiska ciężarówka i kierowca zgadza się nas podrzucić. Drepczemy wzdłuż kolumny TIR-ów, gubimy się lekko na przejściu i po pobieżnej kontroli jesteśmy jedną nogą w Chinach. Dlaczego jedną?
Właściwe przejście graniczne, gdzie nam wbiją pieczątki jest 140 km stąd. Te kilometry musimy pokonać taksówką, innego wyjścia nie ma (koszt za dwie osoby to 300 juanów = 180 zł). Do tego taksówkarz zabiera nam paszporty, ale za pokwitowaniem. Może chińskie władze obawiają się, że wyskoczymy przez okno by siać zachodnią propagandę na ziemi niczyjej?
Przy właściwym przejściu granicznym czekamy jeszcze godzinę, ponieważ panowie celnicy mają przerwę obiadową i przejście jest zamknięte. Logika by podpowiadała, że mogą mieć przerwę tak żeby nie zamykać przejścia, prawda? Ale porzućcie nadzieję, jeśli liczycie na logikę w Chinach.
Nikt się nami specjalnie nie interesuje. Musimy wypełnić tylko deklarację wjazdu, dostajemy pieczątki i tyle. Dla rozrywki przemycamy jeszcze pasztet i serek topiony. Teraz musimy się dostać do ostatniego punktu naszej przeprawy - do Kaszgaru. Znowu jedziemy taksówką i oczywiście przepłacamy, ale to jedyna taksówka na parkingu i nie mamy za bardzo alternatywy (150 juanów = 90 zł) . 

Droga do Chin zajęła nam dwa dni, ale kosztowała połowę z tego co autobus i była bardzo ciekawa i obfitowała w przepiękne widoki (jak to zwykle bywa w Kirgistanie). 

A Chiny? A Chiny są jak zwykle szalone.