poniedziałek, 18 stycznia 2016

Kopa ma ta kawa!
18.1.16

Kopa ma ta kawa!

Wizy do Wietnamu załatwiliśmy w Luang Prabang i stamtąd też ruszyliśmy nocnym autobusem do Hanoi. Była to najgorsza podróż ever. Drogi kręte, a kierowca nie żałował gazu. Dawno zapomniana choroba lokomocyjna się odezwała i podróż była bardzo nieprzyjemna. Na szczęście para Hiszpanów, która jechała z nami, miała jakiś lek na tę przypadłość. Dzięki temu spałam całą drogę. 

Hanoi okazało się koszmarnie hałaśliwym i pełnym smogu miastem. Samochody w Wietnamie są bardzo drogie i wszyscy jeżdżą skuterami. Dosłownie wszyscy! Skuterów jest zyliard i trąbią bez ustanku. Ulica to potok jednośladów jadących jednocześnie we wszystkich możliwych kierunkach. Nikt nie patrzy w lusterko, nie sprawdza czy nic nie nadjeżdża, suną przed siebie niczym wojowniczy kamikadze na śmierć. Cudem jest, że nikt przy okazji nie ginie. Ruch jest dość płynny, wszyscy jadą niezbyt szybko i w kulminacyjnym momencie zdążą zawsze ominąć przeszkodę. Dla człowieka przyzwyczajonego do jakichkolwiek zasad jest to trudne do zrozumienia i wdrożenia w życie. Cytat ze strony MSZ-u bardzo eufemistycznie oddaje prawdę „Ruch w wielu miejscach jest niezorganizowany (przepisy nie są przestrzegane przez wszystkich uczestników ruchu), co wpływa na duże zagrożenie wypadkami.”
Wielomiesięczny trening na ulicach azjatyckich miast nam bardzo pomógł. 
Pierwszą noc spędziliśmy w hostelu bez okien (to w Azji dość popularne), by następnego dnia ewakuować się do lepszego przybytku. I rozpoczęliśmy poszukiwania motorków. Nie będę się zagłębiać w szczegóły, gdyż Bartek zamierza opisać to w osobnym poście. W Hanoi nam się to nie udało niestety. 

Hanoi było do tej pory najokropniejszym miastem w całej naszej podróży. Po kilkugodzinnym spacerze, który spacerem nie był, bo chodniki są zaanektowane na ważniejsze sprawy jak parkowanie czy mini – restauracja, czułam się jak po 24h w openspejsie. Głowa bolała od hałasu i wszechobecnych spalin. Trochę pozwiedzaliśmy: park Lenina, Świątynia Literatury i muzeum B-52. Po kilku dniach ruszyliśmy na południe w poszukiwaniu szczęścia.

Resztki bombowca B-52

W Hue znaleźliśmy się po 12h podróży nocnym pociągiem. Dziwny to był pociąg. Przyzwyczajeni do chińskich tłumów, byliśmy bardzo zaskoczeni malutkim i obskurnym dworcem. Jakiś Wietnamczyk odprowadził nas na peron i „tip for me” (napiwek dla mnie), tonem nieznoszącym sprzeciwu. Skoro mus to mus, ale na peron sami byśmy trafili. Weszliśmy do pociągu, który był pusty. Dopiero po chwili zaczęli schodzić się inni pasażerowie, choć wielu ich nie było. Trochę to straszne, jak pociąg widmo. 
Hue to bardzo przyjemne i wręcz spokojne miasto. Przespacerowaliśmy się do hotelowej części praktycznie pustymi ulicami. Sprawdziliśmy kilka hoteli, ale żaden nie wpadł nam w oko. Dopiero ostatni nas zadowolił. Prowadzony przez niezwykle pomocnych i miłych braci.
Codziennie pytali się nas jak się czujemy i czy przypadkiem nie zostajemy na kolejną noc. Mieliśmy zostać dwa – trzy dni, a jak zwykle zostaliśmy dłużej. Ale to nie nasza wina, tam po prostu była taka przyciężka atmosfera. Chmury cały czas wisiały nad miastem i siąpił z nich bez przerwy kapuśniaczek. To nie skłaniało do wielkich wycieczek. Do tego był duży market, w którym były bagietki, pasztety i co jeszcze dusza zapragnie. Za rogiem hotelu była bardzo sympatyczna restauracja, także na obiad za daleko nie musieliśmy iść.
Od Hue pokochałam Wietnam, bo o ile Hanoi zrobiło na mnie złe wrażenie, to dalej było już tylko lepiej. Pyszne śniadania w miłym hotelu, normalne jedzenie i sympatyczni, komunikatywni ludzie.
Warta zobaczenia jest cytadela nad brzegiem Perfumowej Rzeki. 




Olbrzymi kompleks cesarski z Zakazanym Miastem i Teatrem Cesarskim. Prawdziwy zabytek! Nie to co w Chinach. Kompleks niestety bardzo mocno ucierpiał podczas wojen, które przetoczyły się przez Wietnam. Jest w tej chwili remontowany i odbudowywany. Trzeba wspomnieć, że swój wkład w jego zachowanie miał Polak – Kazimierz Kwiatkowski. 
Udało nam się też kupić motorki i zaopatrzeni w najlepszy dostępny sprzęt ruszyliśmy na podbój Wietnamu drogą Top Gear.
Pogoda nie rozpieszczała i przez pierwsze dwie godziny padał mniej lub bardziej intensywny deszcz, ale dzięki naszym pelerynom z supermarketu zbytnio nie zmokliśmy. Dopiero za przełęczą Hai Van pogoda zaczęła się poprawiać, chmury rozwiał wiatr i wyszło słońce. 

Przełęcz Hai Van

Szukaliśmy miłego miejsca na Święta Bożego Narodzenia i znaleźliśmy je w Hoi An. Nasz guest house był w cichej okolicy, wokół pola ryżowe. Wiecie takie AUTENTYCZNE wietnamskie życie. Bawoły, zbieranie ryżu te sprawy. 




Po południu wybraliśmy się na zwiedzanie starego miasta w Hoi An. 

Pomocy!

Wpisane jest oczywiście na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (chyba czas na wpis top 10 z Listy Światowego Dziedzictwa ;)). Jak jakieś dziwaki zwiedzaliśmy miasteczko na piechotę. W modzie jest bowiem bycie wożonym rikszą. Szczególnie widoczne jest to u chińskich turystów, którzy nie przemęczają się chodzeniem. To dla nich chyba sprawa honoru - nie chodzić. My czasem lubimy sobie pospacerować, a Hoi An się do tego idealnie nadaje. Jest miło i sympatycznie. Warto wybrać się też wieczorem, gdy zapalają lampiony i robi się bardzo kolorowo.



Wigilię spędziliśmy bardzo ekskluzywnie, leżąc pod parasolem na leżaczku i popijając różne smakowe napoje. Wieczorem udaliśmy się na elegancką kolację do restauracji na plaży. Tatar z tuńczyka, curry i smażona ryba. W lokalnym sklepie zakupiliśmy butelkę najtańszego, ale bardzo smacznego wina i na wigilijnym skajpie z rodziną wystąpiliśmy w doskonałych nastrojach. 


Żeby nie było za nudno, z Hoi An wystartowaliśmy w góry. Co tu dużo pisać. Jechało się po prostu fantastycznie. Drogi w większości dobre, pogoda idealna widoki przepiękne. Cały czas miałam uśmiech od ucha do ucha. Co za szczęście znów być „w siodle”. 



Czasem tylko bolał tyłek, no ale nie można mieć wszystkiego. Po kilku dniach bardzo spektakularną drogą zjechaliśmy nad morze do rybackiej wioski. I tutaj rozegrał się mały dramat. Nie było nic do jedzenia! To znaczy było, ale ile można jeść zupek Pho. Człowiek po 15 minutach znowu jest głodny. Odbyła się między nami mała kłótnia, takie są problemy podróży dookoła świata. Zjedliśmy jakąś zupkę i krewetki w podejrzanej garkuchni, ale cudów nie było. Dopiero następnego dnia odkryliśmy, że za mostkiem jest knajpa dla białasów z dobrym jedzeniem. 

.
Bartek zamarzył sobie camping na Sylwestra i Nowy Rok. Jak to ma w zwyczaju wyszukuje takie dziwne miejsca. Po drodze zahaczyliśmy o większe miasto i zrobiliśmy zakupy w naszym ulubionym wietnamskim supermarkecie. I dobrze bo camping był w ładnym miejscu, ale daleki od wszystkiego. Myśląc camping miałam wyobrażenie, że będą tam jacyś ludzie. 


Otóż nie, co troszkę mnie rozczarowało bo od dłuższego czasu nie mieliśmy interakcji z innymi ludźmi. Bartek widząc moje narastające niezadowolenie postanowił mnie uszczęśliwić i wynalazł nocleg w resorcie za 20 USD (nasz najdroższy nocleg w Wietnamie!). W maleńkiej osadzie, gdzie białego człowieka nie widziano od czasów amerykańskiej armii budziliśmy niezłą sensację. 

Resort

Resort był częściowo w budowie z mocno zawyżonymi cenami w restauracji. Na szczęście została nam paczka makaronu i nieśmiertelny tuńczyk. Ze względów przeciwpożarowych obiad Bartek musiał gotować w łazience (nie było tam łatwopalnych elementów). Ale warunki bytowe mieliśmy naprawdę wyśmienite. Wszystko nowe, błyszczące. A w łazience była wanna, takich cudów to dawno nie widziałam. Mieliśmy zaplanowany sylwestrowy skajp z rodziną, ale nowy film z Jamesem Bondem był taki „fascynujący”, że nie doczekaliśmy nawet 22. 

Z resortu przenieśliśmy się do kolejnego luksusu, tym razem namiotowego. Trasa wiodła przez idealną nową drogę, nie było na niej wielkiego ruchu co nie wzbudziło naszych podejrzeń, a powinno. Pojawił się znak, żeby uważać na odłamki skalne. Tylko nie wiedziałam, że będą to odłamy! Całe hałdy kamieni i skał leżące na środku nowej drogi! Ktoś najpierw wybudował drogę, a potem stwierdził że zapomnieli o słupach z prądem. Zabrakło na nie miejsca w pierwotnym projekcie i teraz musieli wysadzać skały, żeby pociągnąć linię wysokiego napięcia. Według europejskich standardów ta droga powinna być zamknięta, ale już dawno zapomnieliśmy co to takiego standardy. I przejechaliśmy, a co!
Po tych trudach wylądowaliśmy w LongSon resort i szczęki nam opadły. Elegancki camping przy plaży z barem i świetnie zorganizowaną przestrzenią. Była noworoczna promocja i dużo pysznych dań za ONE DOLLA. Wstyd z takiej tanioszki nie skorzystać .Jadłam aż mi się uszy trzęsły. Bartek miał niestety kulinarnego pecha i jego danie przynoszono zawsze po bardzo długim oczekiwaniu. Bąblowaliśmy tam kilka dni, żeby dać odpocząć naszym tyłkom i nacieszyć się morskim powietrzem
.
I w drogę w kierunku Loc An! Po drodze nieźle nas wytrząsło na dziurawym asfalcie, ale niedogodności wynagrodziliśmy sobie jak zwykle pyszną wietnamską kawą. Jechaliśmy przez krainę Dragon Fruit'a (pitai) (tak ją nazwałam w myślach), przez kilkadziesiąt km ciągnęły się plantacje tego dziwacznego owocu. Rosną na śmiesznych karłowatych kaktusach. 

Zdjęcie z wikipedia.pl

Mijaliśmy też sporo resortów, część całkiem opustoszała lub niedokończona i porzucona, a tuż obok nowe i eleganckie. Lub gigantyczne inwestycje połączone z polami golfowymi. Kto tam przyjeżdża i ile tam musi kosztować nocleg? Cóż...takie cuda możemy sobie pooglądać tylko z zewnątrz.

Pięciogwiazdkowy hotel 

Nie zakładaliśmy noclegu w Sajgonie i chcieliśmy ominąć to miasto obwodnicą. Ku naszemu zdziwieniu obwodnica okazała się niedostępna dla jednośladów i musieliśmy szukać innej drogi. Po kilkunastu km kluczenia dotarliśmy jakimś cudem do promu, którym przeprawiliśmy się na drugą stronę Mekongu. Bez stresów przejechaliśmy miasto, by trafić na najokropniejszą drogę do tej pory. Ilość szalonych ciężarówek i autobusów doprowadzała nas do rozpaczy. Szczęśliwi jak nigdy dotarliśmy do hotelu. Za klika dni mieliśmy opuszczać Wietnam.

Chcieliśmy przenocować już w Kambodży, ale okazało się że nie ma za bardzo gdzie. Przenocowaliśmy zatem w miasteczku kilkanaście km od granicy i rano ruszyliśmy. Przejazd motocyklem na wietnamskich blachach jest w zasadzie legalny, ale do końca nie wiadomo co wymyślą celnicy. Słyszeliśmy też sporo o próbach naciągania przy wjeździe, ale jak widać mamy sporo „granicznego” szczęścia. Wizy wypisują od ręki, nikt nie chciał „extra fee”, nie spojrzeli nawet na nasze motocykle i po opłacie sanitarnej (1 USD) pojechaliśmy dalej. 

I co z tym Wietnamem?

W zasadzie nie mieliśmy zamiaru jechać do Wietnamu. Nasłuchaliśmy się sporo negatywnych opinii, ale w Laosie nie było możliwości kupna motocykli w rozsądnej cenie. I o ile pierwsze wrażenie nie było najlepsze, to później było już tylko lepiej. Przede wszystkim zaskoczył nas zróżnicowany krajobraz. Raz góry, raz morze, piękne wydmy. Do tego standard hoteli, raz gorszy raz lepszy ale średnia zdecydowanie bardzo wysoka. I te hotele były praktycznie wszędzie. Nie trzeba było główkować i szukać noclegu nie wiadomo gdzie i za ile. No i można było też campingować! Własnoręcznie (przez Bartka) ugotowany makaron z tuńczykiem smakuje wyśmienicie. I ta kawa! Przepyszna, mocna i czarna jak szatan z posmakiem czekolady lub kokosu. Okazało się, że Wietnam jest światowym potentatem w produkcji kawy. Niestety nie zawsze z pozytywnym skutkiem dla środowiska. Polecam ten artykuł Gorączka kawy
I największy plus to możliwość podziwiania świata z kanapy motocyklowej. Odzyskana niezależność podróżowania to było coś fantastycznego. Wtedy zupełnie inaczej odbiera się to co jest naokoło, niż patrząc na przez okna pędzącego autobusu. Nie przepadamy za zwiedzaniem muzeów i jak tylko mamy możliwość skupiamy się na podziwianiu przyrody i widokach. Wiem, że Wietnam ma trudną i smutną historię my jednak nie chcieliśmy zapuszczać się do podziemnych tuneli Vietkongu (Tunele Vietkongu) czy zwiedzać muzeum wojny. Obejrzeliśmy jedynie pomnik B52 zestrzelonego przez Wietnamczyków podczas wojny z Amerykanami. I to tylko dlatego, że pokazali go w Top Gear :) Straszni z nas ignoranci.