sobota, 23 stycznia 2016

Piasek, dupa i kamieni kupa
23.1.16

Piasek, dupa i kamieni kupa

Najpierw będzie o tym, dlaczego nie podobało nam się w Kambodży, a może później o tym co zobaczyliśmy w tym kraju. Także Drogi Czytelniku, jeśli byłeś kiedyś w krainie Khmerów i się zakochałeś, to czym prędzej opuść te stronę, bo nie padnie tu zbyt wiele miłych słów.

Nieskromnie powiem, że przejechaliśmy już niezły kawał świata, byliśmy w ponad dwudziestu krajach i żadne nas tak nie wku…znaczy nie rozczarował jak Kambodża właśnie. Tak długa podróż i okazja do zobaczenia tylu pięknych miejsc może spowodować, że trudno nam czasem zaimponować jakimś widokiem czy unikalnym zabytkiem. Ale jesteśmy już dość zaprawieni w bojach – widzieliśmy sporo kontrastów, biedy, zaniedbań czy spektakularnych widoków. Nigdy nie obiecywaliśmy, że ten blog to będą lukrowane pocztówki z orientalnych i dzikich krajów. Czasem człowiek gdzieś przyjeżdża i nie jest tak miło jakby chciał. O Kambodży nie mieliśmy zbyt wielkiego wyobrażenia, w zasadzie to Pol Pot, Czerwoni Khmerzy i Pola Śmierci. Myśląc o krajach Azji Południowo – Wschodniej przez pryzmat ich trudnej i krwawej historii doznaję dysonansu poznawczego. Z jednej strony człowiekowi jest żal i smutno, przez przynależność do świata tzw. „zachodu” mam poczucie, że cały stan rzeczy to wina „białasów”. Wojny, bomby, wykorzystanie słabych państw w grze geopolitycznej. Ale każdy kraj ma jakąś swoją historię, uwikłany jest w różne wydarzenia i jeden sobie radzi lepiej a drugi gorzej. Nie chcę też, jak mawia moja koleżanka „brać losów świata na swoje barki”.

Kambodża wykorzystała naszą cierpliwość do granic możliwości. Pierwsze wrażenie było nawet pozytywne. Przekroczyliśmy granicę bez żadnych problemów, nikt nie spojrzał nawet na nasze motocykle i nie próbowano wymusić na nas łapówki (o czym krążą już legendy). Droga do pierwszej naszej „bazy” w Kambodży, poza tym, że się skończyła w połowie, była pusta i całkiem przyzwoitej jakości. A sam Kampot okazał się sennym turystycznym miasteczkiem. Rozdrażnienie i niechęć przyszło z czasem.
Może przez upał, może przez zmęczenie podróżą a może przez kambodżańskość Kambodży. Coś w tym kraju jest ewidentnie nie tak. Rozpuszczeni przez coraz większy ruch turystyczny Khmerzy nie mają litości w goleniu. Za wszystko, dosłownie wszystko płaci się więcej niż miejscowi. Za warzywa na targu, za napoje w sklepie, za transport.

Może moja antypatia do tego kraju byłaby nieco mniejsza, gdybym nie przejechała go na motocyklu. Kontakt z kierowcami kambodżańskimi to jest masakra. Nie jest zabawnie, jest po prostu strasznie. Większy ma zawsze pierwszeństwo i wykorzystuje swoją przewagę niezależnie od warunków drogowych. Sytuacji skrajnie niebezpiecznych, które nas spotkały na drodze, nie jestem w stanie zliczyć.

Transport kurczaków

Wyprzedzanie na „trzeciego” to normalna rzecz. Ciężarówka zawsze musi cię wyprzedzić, nawet jeśli z naprzeciwka wyprzedza inna ciężarówka, a ty nie masz gdzie zjechać. Sporo siwych włosów mi przybyło po tych atrakcjach. O ile w Wietnamie da się uciec z głównych dróg na boczne (które są asfaltowe), to w Kambodży nie ma dróg bocznych. „National way” to czerwony szuter, a „national highway” to często nie najlepszej jakości asfalt. Kto by się tam przejmował konserwacją dróg, sprzątaniem z nich piasku czy śmieci.

Śmieci jakie są, każdy widzi.

Właśnie – śmieci! Azja generalnie nie jest najczystszą krainą na świecie, ale to co się dzieje w Kambodży to już zagrożenie epidemiologiczne. Są wszędzie, i nie mam na myśli pojedynczych siatek czy papierków. Porozrzucane kupki śmieci na poboczach dróg, na narożnikach domów, w pustostanach czy niedokończonych budowach. Wielokrotnie widziałam jak zatrzymują się na poboczu i wyrzucają z worka śmieci po prostu w trawę. Rozumiem, że jest problem z recyklingiem itp., ale oni po prostu robią wokół siebie syf. Nie dbają o otoczenie wokół siebie w żadnym stopniu. Tak wiem, biedny kraj. Ale czy bieda jest wytłumaczeniem wszystkiego?

Kolejna rzecz to jedzenie. Wszystko w knajpie minimum 2 USD, i do tego niekoniecznie smaczne. Raz można trafić lepiej raz gorzej. Przegięciem jest podawanie smażonego makaronu, który jest z chińskiej zupki. Lub zupki z makaronem bez makaronu. Z zaopatrzeniem w sklepach też nie jest najlepiej, więc jeśli chcesz zrobić sobie sam kanapkę czy cokolwiek innego – zapomnij. Wszystko, ale to dosłownie wszystko jest importowane z Tajlandii, Malezji lub Chin. O przepraszam, wszystko oprócz piwa. Które oczywiście nazywa się Angkor. Są jeszcze bazary, a tam to już kwestia szczęścia ile zapłacisz i za co. Poza tym są to najobrzydliwsze rynki jakie widziałam. Przez upał, który tu panuje, śmierdzi na nich niemiłosiernie, aż zbiera się na wymioty. Wszędzie leżą śmieci i resztki jedzenia, muchy i inne stwory latają. 
Czy warto tutaj przyjechać? Nie wiem, sami oceńcie. 

Nasze kambodżańskie przygody

Po spokojnym i bezproblemowym przekroczeniu granicy dotarliśmy do Kampotu. Tam spotkaliśmy się z parą z Szaround the World, która też jest w dłuższej podróży. Droga była bardzo przyzwoita, nie było wielkiego ruchu. Jechaliśmy małym skrótem, który w pewnym momencie zamienił się w czerwony szuter, ale dzięki temu nie nadrabialiśmy kilometrów. Ja jechałam za Bartkiem i zebrałam po drodze cały kurz, wyglądałam jak po ciężkim off roadzie.

Księżycowy pył

W Kampocie spędziliśmy kilka dni na nocnych rozmowach Polaków przy whisky za 2 USD. Była nas w sumie szóstka, bo po Kambodży z Szaroundami podróżowała też inna para z Polski – Jacek i Magda (niestety nie mają swojej strony na fejsie). Zbieraliśmy od nich wrażenia z tego kraju i rady co warto zobaczyć. I jakie Kambodża wywarła na nich wrażenie.

Góra Bokor, nieopodal Kampotu

Kryśka, zrób mi zdjęcie z białasem!

Z Kampotu pojechaliśmy nad morze, do Otres. To miejsce słynie ze specyficznego klimatu. Generalnie do Otres trafiają różni dziwni ludzie, outsiderzy. Uciekają od codziennego zgiełku lub swojej przeszłości . Tutaj, jeśli twój rozmówca sam nie zacznie opowiadać dlaczego przyjechał do Otres, to takich pytań się nie zadaje. Taki zwyczaj. Są Polacy, Rosjanie, Włosi, Francuzi i Brytole. Prowadzą swoje małe wakacyjne biznesy i cieszą się życiem. Nikt się nie śpieszy, wszyscy są wyluzowani i zrelaksowani. W Kambodży marihuaną handluje policja, ganja leży w miseczce na stole niczym cukierki u mamy. Razem z piwem można zamówić sobie również skręta. 
Prowadzenie biznesu jest całkiem łatwe. Nie ma żadnych podatków czy pozwoleń. Kupujesz lub bierzesz ziemię w dzierżawę, stawiasz sobie co tam potrzebujesz i już. Interes otwarty. A że w sezonie zjeżdża tam całkiem sporo ludzi, więc salon tatuażu, stoisko do wyplatania warkoczyków czy bar na plaży to nie jest wcale zły pomysł.


Szukając noclegu spotkaliśmy Witka, który polecił nam bar/guest house U Bolka i Lolka. Miejsce, gdzie można odpocząć i posłuchać trochę o tym , jak żyje się w Kambodży.


Po dwóch dniach relaksu na zaskakująco czystej i zadbanej plaży, ruszyliśmy dalej, w stronę Siem Reap, a raczej Angkor. Wiele osób, które były w Phnom Penh, uznały to miasto za wielce niesympatyczne. Prócz słynnych Pól Śmierci nie ma tam ponoć nic interesującego. A że nie lubimy dużych miast, to postanowiliśmy je ominąć i kierować się od razu do Siem Reap. Może nie do końca takie od razu.

Kambodżańskie bezdroża

National way (droga krajowa)

Podzieliliśmy sobie trasę na krótkie odcinki, ze względu na warunki panujące na drodze (ruch i szaleni kierowcy) a także koszmarny upał, nie pozwalały na pokonywanie zbyt dużych odległości. Dla motocyklisty Kambodża jest nudna. Cały czas płasko i zwyczajnie. Początkowo Bartek chciał jechać przez Góry Kardamonowe, niestety nie ma tam asfaltów tylko czerwony szuter i ta trasa odpadła. 
I tak powoli przemieszczaliśmy się z miasta do miasta, oglądając sobie to co w około nas. Pola, bawoły, czerwony piasek, wioski. Jedyna godną uwagi miejscowością był Battambang. Jakiś taki czysty (powiedzmy) i spokojny. Spotkało nam trochę odmiany kulinarnej, bo zamiast ryżu jedliśmy prawdziwe chińskie pierożki.

Przed Battambang spotkała nas nasza pierwsza i ostatnia awaria. Bartka motocykl nagle przestał jechać. Po krótkiej diagnozie stwierdził, że to fajka. Dla niezorientowanych w tematyce motoryzacyjnej, fajka to dynks łączący świecę (która daje iskrę) ze źródłem zasilania. Krótko mówiąc - bez tego nie pojedzie. Do najbliższej miejscowości było zaledwie kilka km, pozostało nam holowanie. I tym sposobem po raz pierwszy w życiu holowałam kogoś na motocyklu.

Uwaga, jadę!

Obyło się bez strat w ludziach, ale okrzyki „chcesz mnie zabić?!” nie pomagały. Pan mechanik za one dolla naprawił i mogliśmy jechać dalej.
Aby dostać się do hotelu w Siem Reap, musieliśmy przejechać całe miasto. „O, nawet ładnie” pomyślałam. Gdy tylko wyjechaliśmy z centrum, przestało być ładnie i zrobiło się tak jak wszędzie.

ANGKOR WAT

Przygotowaliśmy się do zwiedzania merytorycznie i obejrzeliśmy ten film . I dobrze, bo bez tego byśmy pewnie stwierdzili, że to kupa kamieni. Czy warto było telepać się przez całą Kambodżę, żeby to zobaczyć? Myślę, że tak (a co innego miałabym powiedzieć?). Nie jesteśmy specjalnymi zwiedzaczami i generalnie wolimy przygodę/przyrodę, ale Angor Wat naprawdę robi wrażenie. Nie będę przynudzać encyklopedycznymi szczegółami, napiszę jedynie że to miasto zbudowano w XII wieku i było największym miastem na świecie ery przedprzemysłowej (1 mln mieszkańców!!!). Zbudowano przy pomocy prostych technologii i narzędzi. 




Czułam się trochę jak w filmie z Indiana Jones. Dżungla, kamienie porośnięte mchem i koszmarny upał. Pot lał się z nas strumieniami, chwilę wytchnienia dawały świątynie i kamienne korytarze. Co ciekawe, Angkor jest dostępny bez wychodzenia z domu. Na Google Street View można przyjrzeć mu się z bliska o TU

Buziaczki!