poniedziałek, 22 lutego 2016

Blubry #2: Wietnam
22.2.16

Blubry #2: Wietnam

5 stycznia 2016
Sajgon!
Po spędzeniu sylwestra w zero-gwiazdkowym resorcie z promocji na booking-dot-com, w dziurze nad dziurami, gdzie miejscowi dawno nie widzieli białego człowieka, zażyciu pierwszej kąpieli w wannie od czasu wyjazdu (francja elegancja, wszystko funkiel nówka, chociaż Laura narzeka na jakieś dziwne krostki...) i koniec końców przespania północy (mała drzemka na ostatnim Bondzie...), Nowy Rok postanowiliśmy poświętować godnie na przewypaśnym campingu w Long Son koło Mui Ne. Załapaliśmy się jeszcze na promocję wszystko za dolara, więc stół się uginał nie tylko od jedzenia. Dwa dni dobrego to wystarczająco.
Zasmakowaliśmy w polach namiotowych. W przypadku Wietnamu to duże powiedziane, ale namiot targany na plecach przez ostatnie miesiące w końcu się przydał i kuchenka też. Rozpykaliśmy zaopatrzenie lokanej sieci marketów, znalazł się makaron, tuńczyk, pomidory i koncentrat. Czego więcej trzeba do szczęścia. Benzyna zlana z baku i wjeżdża kolacja lepsza, niż trzy porcje zupki Pho.
Jak zwykle rozpisałem się nie na temat. Powoli kończy nam się ważności wizy wietnamskiej, więc niespiesznie zmierzamy w kierunku Kambodży. Staramy się unikać dużych miast, ale drogi na południu kraju są ułożone w kształt słoneczka względem Sajgonu (czyt. Ho Chi Minh), że się go po prostu ominąć nie da. Nocleg zaplanowaliśmy w pierwszym mniejszym miasteczku już za HCM. Najmniejsze zło to wybranie możliwie zewnętrznej obwodnicy. Tak uczyniłem. Jakie zdziwienie, gdy 50km przed Sajgonem droga, którą pomykaliśmy zmieniła się w expressway. Motury nie wjadą - trąbią znaki. Zdziwienie konkretne, bo tutaj jednoślady wjeżdżają wszędzie, no prawie. Ominięcie autostrady nie było by specjalnie trudne, gdyby nie fakt, że obszar na południe od Sajgonu to jedno wielkie rozlewisko, słowem pierdylion rzek i rzeczółek, w tym Mekongu, który ciągnie się za nami od półtora miesiąca, a mostów jak na lekarstwo. Kombinujemy coś nasz szybko, żeby zbyt wiele nie nadrabiać. Maps.me pokazuje, że jak potniemy przez wioseczki to powinniśmy dobić do jakiejś przeprawy promowej. A co jak jej nie będzie? Wtedy na pewno nie dojedziemy, gdzie planowaliśmy. Jedziemy więc na azymut, aż po kilkunastu kilometrach wyrasta przed nami wielka brama. Na mapie ewidentnie droga dalej. Lokalsi zsiadają i przepychają motury przez furtkę. No nic, trzeba spróbować. Jak tylko zbliżam się do bramy, wyskakuje jegomość z kałachem. Przejazdu nietu, terminal kontenerowy. HO-CHI-MINH? - zagaduję, a ten odmachuje ręką, o tam... Ta, to mi nowość. Próbujemy objechać ogrodzony teren. Wgapiony w GPS i obiecaną przeprawę promową, przez kolejne kilkanaście kilometrów wiercę się na siedzeniu wypatrując rzeki. Jest! Wjeżdżamy prosto na prom. Nie żadne tam czółenko jak na Bugu, bydlak taki, że ho. Po zjeździe z promu akcja się zagęszcza. Welcome to Sai Gon. Po jednej stronie luksusy, po drugiej ubóstwo. Ciśniemy przed siebie po nowoczesnych estakadach z nadzieją, żeby nie pojawił się znak zakazu dla pierdzipędów. Bułka z masłem. Załapujemy się jeszcze na happy hours w koreańskim fastfoodzie i mkniemy dalej. Hardcore zaczyna się dopiero na wyjeździe z miasta, wtedy kiedy najmniej się tego spodziewamy. Ruch nagle się zagęszcza, a droga pogarsza. Na kierowców autobusów i ciężarówek tutaj biorą chyba tylko osoby, które oblały testy psychomotoryczne. Masz wrażenie, że każdy poluje na Ciebie. W praktyce okazuje się, że tutaj działa tylko jedno prawo drogowe – większy ma pierwszeństwo, zawsze, bez wyjątków i zapewne z tego skorzysta nie zważywszy, że Ty nie masz opcji teleportacji.
Pamiętacie jak opisywałem jazdę samochodem w Kirgistanie, jako grę w GTA? Tutaj jest podobnie...tyle, że my nie jesteśmy już graczami. Jutro wracamy na boczne drogi, starczy nam wrażeń.