środa, 2 marca 2016

No drugs only hugs
2.3.16

No drugs only hugs

28 stycznia miała do Kuala Lumpur przylecieć moja przyjaciółka Justyna. Początkowo chcieliśmy lecieć  z Kambodzy do Malezji samolotem. To znaczy ja chciałam, bo nie uśmiechała mi się wizja targania się z autobusu do pociągu. Wygrała jednak ekonomia. Bilet Air Asia miał kosztować 50 USD, ale po dodaniu wszystkich opłat wyszło 90, więc rachunek okazał się prosty. Jedziemy sposobem kombinowanym. Z Siem Reap do granicy zawiózł nas autobus. Liczyliśmy po cichu, że zdążymy na popołudniowy pociąg do Bangkoku. Niestety pokonanie 170 km zajęło 5 godzin. Kierowca po 50 km zarządził przerwę na siku na zaprzyjaźnionym straganie (czytaj: skubiemy turystów na kasę), by 20 km przed granicą zorganizować nam godzinną „przerwę” na lunch na słynnym przygranicznym dworcu. Dworzec ten oferuje zupkę z paczki za 3 USD lub chipsy za 2. Jest również miejscem gdzie przywozi się turystów jadących z Tajlandii i oszukuje na autobusie do Siem Reap (zamiast 5 płacą 10 USD). Do tego granica była bardzo zatłoczona. Przyzwyczajeni do przekraczania niewielkich punktów granicznych, gdzie ruch był z reguły zerowy, przeżyliśmy lekki szok. Kolejka po obu stronach! Kto by pomyślał. Przebiliśmy się szczęśliwie przez wszystkie bramki i znaleźliśmy się w Tajlandii. Juhu! Cywilizacja! Tajowie chyba wiedzą co odczuwają turyści przyjeżdżający z Kambodży, bo 500 metrów od przejścia pobudowali KFC. Ale się najadłam! Aranyaprathet (nazwa powala) to miasteczko typowo przygraniczne, z dziwnymi osobnikami i podejrzanymi hotelami. Obkupiliśmy się w 7 Eleven (taka azjatycka Żabka) i poszliśmy spać. Następnego dnia czekała nas podróż pociągiem do Bangkoku. Trwała 6 godzin i była całkiem przyjemna.

Kochanie kup mi slonia!

Nie mieliśmy okazji być wcześniej w Bangkoku, a po kambodżańskich trzecich światach nas po prostu zachwycił! Zachłysnęliśmy się czystymi ulicami, brakiem szalonych kierowców i ogólnym stopniem ucywilizowania. Na każdym rogu Mc Donald, KFC i Pizza Hut. Zamiast korzystać z dobrodziejstw osławionego street foodu, zajadaliśmy się zgniłymi owocami kapitalistycznej globalizacji. Było super! Burgerki, frytki i kurczaki, samo zdrowie! Elegancki hostel blisko dworca pozwolił nam na regenerację sił. Pociąg do Malezji jechał 24h i był bardzo komfortowy. Niestety jego trasa, nie wiedzieć czemu, kończyła się w Butterworth i by dotrzeć do Kuala Lumpur musieliśmy się przesiąść na kolejny pociąg. Tym razem bardziej w stylu Pendolino, z wagonem restauracyjnym, klimatyzacją i całą tą nowoczesnością. I tak, po dwóch dniach dotarliśmy do stolicy Malezji. Hostel, który mieliśmy zarezerwowany znajdował się w hinduskiej dzielnicy, nieopodal Chinatown. Blisko wszystkiego. W końcu jedzenie ma smak! Trzy hinduskie knajpy pod nosem, którą wybrać? We wszystkich i tak podają to samo. Ryż z kurczakiem w różnych stopniach ostrości. Ostry, bardzo ostry i zaj… ostry. Bartek wniebowzięty, ja trochę mniej, ale trafiam na coś w miarę zjadliwego. Czas przygotować się na przyjazd Justyny. Znaczy obczaić dojazd na lotnisko. Okazuje się to banalnie proste, bowiem spod nosa odjeżdża nam autobus za jedyne 10 MYR.
W ogóle to to Kuala Lumpur jakieś dziwne jest. Pełno imigrantów :P Pewnie zabierają biednym białasom pracę. Gdyby wylądował tu jakiś członek Młodzieży Wszechpolskiej, dostałby zapewne zawału lub stanów lękowych. Chińczycy, Hindusi, czarnoskórzy Malezyjczycy. Multikulti pełną gębą!

Nadszedł wielki dzień przylotu. Justyna wylądowała w Kuala Lumpur w sumie po 30 h podróży. Polskim Busem z Poznania do Berlina, z Berlina lot do Stambułu i potem do Malezji. Do tego biedna nie była nigdy wcześniej w Azji. Czekał ją spory szok. Oprócz jet laga spowodowanego różnicą czasu (7 godzin) doszedł szok kulturowy. Wielkie, nowoczesne miasto, Hindusi, Chińczycy inne jedzenie. Wszystko inne! Dochodziła do siebie przez dwa dni albo i więcej. Na szczęście miała ze sobą napój, który ułatwiał aklimatyzację. 
Sam przyjazd Justyny był dosyć spontaniczną decyzją i sama nie wiedziała do końca dokąd leci. Na moje pytanie „może nas odwiedzisz?”, odpowiedziała „dobra!”. Zaskoczyła mnie tak szybką i do tego twierdzącą odpowiedzią. Pozostało tylko wymyślić, dokąd pojedziemy. Jej rodzina wpadła w panikę, że na Filipiny. Nie wiem czemu w sumie, ja tam nie mam żadnych złych skojarzeń z tym krajem. Dopiero niedawno zajrzałam na stronę MSZ i przeczytałam, że odradzają z powodu porwań i jakichś zamieszek. Ale to informacja z 2014 roku, więc kto by się tam przejmował.

Restauracja pierwsza klasa

Najbliżsi wyposażyli Justynę w milion złotych rad. Między innymi, żeby nie jadła w ulicznych garkuchniach ani nie piła nic z lodem. Oczywiście pierwszego dnia oba zakazy zostały złamane i Justyna przeszła kulinarny chrzest. Przeżyła bez uszczerbku na zdrowiu i urodzie.

Dzień po jej przylocie wybrałyśmy się na samodzielna wycieczkę do Petronas Towers i na stare miasto. Generalnie wszędzie poruszam się z Bartkiem, i z rzadka zapuszczam się na eskapady dłuższe niż do sklepu za rogiem. Nie muszę się przejmować kierunkami, bo Bartek połknął kiedyś GPS i zawsze wie dokąd iść. Byłyśmy z siebie wielce dumne, że się nie zgubiłyśmy. Zaopatrzone w papierową mapę, wspierałyśmy się maps.me i mapkami rozlokowanymi w Chinatown. Dotarłyśmy też do Ogrodu Botanicznego, który odwiedziłam z Bartkiem 6 lat temu. Niestety nogi wchodziły nam do d…znaczy byłyśmy zmęczone, i na zwiedzanie nie wystarczyło nam sił.

Po dwóch nocach w Kuala Lumpur nadszedł czas na główną atrakcję, czyli Filipiny.
Polecieliśmy na Cebu i prosto z lotniska pojechaliśmy do upatrzonego przeze mnie hostelu (o zgrozo!). Trafiliśmy do kołchozu z łóżkami jak w nocnym pociągu, a po wycieczce do przystani Justyna bała się wyjść na ulicę. Cóż, nawet mnie (bądź co bądź, doświadczonego podróżnika) Cebu trochę przygnębiło Przynajmniej ta część, w której się zatrzymaliśmy. 
Na szczęście im dalej na Filipinach tym lepiej. Z Cebu popłynęliśmy na sławną Alona Beach na Panglao.

Dream team

Z trudem znaleźliśmy nocleg, który mieścił się w naszym budżecie. Na szczęście okazał się całkiem trafny, wszędzie blisko. Szczególnie na plażę (jakieś 50 m) . Jedynym jego mankamentem byli goście. Codziennie ktoś inny. W kolejności wpadli do nas : wielki karaluch, mniejszy karaluch, pająk i stonoga. Jak już zaaklimatyzowaliśmy się w naszym gniazdku i zszedł z nas pierwszy szok i lekkie rozczarowanie mogliśmy cieszyć się tym, co na Filipinach najlepsze : palmami i plażą. Postanowiliśmy nie być, aż tak bardzo leniwymi bułami i pozwiedzać co nieco.
Na pierwszy ogień poszła wyspa Bohol. Słynie z wyraków upiorów i Czekoladowych Wzgórz. Wyraki to takie małe stworki, przypominające małpki, ale małpkami nie są. Bardziej jak Gollum z Władcy Pierścieni, albo Yoda z Gwiezdnych Wojen.

My Precioussss

A Czekoladowe Wzgórza, ku naszemu rozczarowaniu nie były z czekolady – nie dało się ich zjeść. Mieliśmy pogodowego pecha, bo był to jedyny dzień deszczowy przez cały nasz pobyt na Filipinach. W drodze na Czekoladowe Wzgórza przemokliśmy do suchej nitki, do tego widok zasnuwały chmury. Niczym zmokłe kury czekaliśmy, aż przestanie padać i będzie można zjechać na dół. Uciekliśmy ze wzgórz i pojechaliśmy obejrzeć najstraszniejszy most wiszący w tej części świata.
Całkiem spoko i faktycznie niezbyt przyjemnie się po nim chodzi. Do mojej listy lęków (ciemności, zakręty i robaki) mogę dodać też bambusowe wiszące mosty.
Muszę wspomnieć, że naszą wycieczkę odbyliśmy na skuterkach. Trochę się bałam, czy Justyna nie rzuci sprzętu i nie ucieknie z krzykiem, po tym jak dozna kontaktu z azjatyckimi kierowcami. Tak jednak się nie stało. Po pierwszych niepewnych kilometrach, rozhulała się na tyle, żeby rozpędzić swoją maszynę d 80 km/h.  

Alona jest okupowana przez różnej maści naganiaczy, którzy sto razy dziennie oferują wycieczki. Powinniśmy mieć koszulki z napisem „no, thank you”. Jeśli ktoś sto razy cię pyta czy może jednak wycieczka, to w końcu się zgodzisz. Wykazaliśmy się jednak wielkim sprytem i pojawiliśmy się na plaży z rana (wycieczki odbywają się codziennie, wypływa kilkanaście łódek). Dzięki temu Justyna wytargowała najniższą cenę jaką się chyba dało. Poświęcenie to było nie lada, ponieważ rejs zaczynał się o 6 rano. Delfiny, snurkowanie z żółwiami i Virgin Island. Co tu dużo mówić. Było jak w katalogu. Piękny wschód słońca, pogoda idealna, delfinów mnóstwo. Rewelacja. Prawdziwe wakacje od wakacji!

Halo mamo! 


Virgin Island

Po wyturystowaniu się na Panglao ruszyliśmy zaznać trochę spokoju. Moje „planowanie” filipińskich wakacji ograniczyło się do Boholu. Potem do akcji wkroczył Bartek. Wykonałam outsourcing. W końcu Bartek jest logistykiem i zna się na rzeczy, a ja jestem na urlopie i nie będę się zajmować zarządzaniem. Jestem jak Bill Gates czy inny Steve Jobs. Zatrudniam ludzi mądrych, żeby mówili mi co mam robić. Bardzo dobrze mu to wszystko wyszło muszę przyznać. Tylko średnio dwa razy dziennie słyszałam zarzut, że to ja miałam wymyślać rozrywki. 
Justyna wytargowała łódkę na Siquijor. Była dwa razy tańsza niż prom, co nas nie zdziwiło a w sumie powinno. Łódka wysadziła nas na bezludnej plaży, do tego był odpływ i całkiem spory kawałek musieliśmy przejść przez wodę. Oczywiście z plecakami na plecach. Dobrze, że nie zabraliśmy walizek na kółkach! Jak już wytarabaniliśmy się na brzeg i do asfaltu, czekał na nas tricykl. Kierowca oczywiście oczekiwał absurdalnie wysokiej kwoty za przejazd i nie chciał się nawet targować. Zaczekaliśmy na miejscowy transporty (jeepney), bo potem w kolejnej miejscowości jechać tricyklem już za rozsądną cenę.

I co dalej?

Po raz kolejny mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Przeczłapaliśmy wzdłuż pół wioski i wszystko było zajęte. Przewypaśne beach resorty za śmieszną kasę przeszły nam koło nosa. Znaleźliśmy w końcu miejsce do spania. I tak zakotwiczyliśmy na kilka dni w Casa Miranda. Sympatyczny rodzinny guest house. Na śniadanie jajecznica i duuuża kawa, wszystko z widokiem na morze. Cisza i spokój, żadnych chińskich turystów czy podstarzałych Europejczyków z filipińskimi „żonami”. Leniwe plażowanie i wycieczka skuterkami po wyspie. Naszym dylematem było głównie to, o której idziemy na plażę i co zjemy na kolację.


Cogito ergo sum

Co by tu...

Nie można jednak za długo siedzieć w jednym miejscu. Dlatego strzeliliśmy teleporta na Negros. Bartek chciał zażyć trochę chłodu i wymarzył sobie góry i nocleg w „super, zajefajnym” Forest Camp. Pani, z którą miałyśmy wątpliwą przyjemność rozmawiać, w ogóle nie sprawiała wrażenia zainteresowanej zrobieniem z nami biznesu. Pokazała nam najpierw najdroższy domek, potem za nocleg pod dachem zażądała również astronomicznej kwoty. Stwierdziłyśmy o nie, tu nie zostajemy. Szukamy dalej. Bartek został i miał pilnować bagaży, a Justyna i ja ruszyłyśmy w dół wioski szukać szczęścia. Niestety nic nie znalazłyśmy i musiałyśmy zawrócić, w drodze powrotnej zwróciłyśmy uwagę na banner reklamujący Piramidę Wellness. Cóż, może warto spróbować. Idziemy zatem pod górę! Szłyśmy i szłyśmy, a na nasze pytanie czy już niedaleko miejscowi powiedzieli „tam na górce”. No to idziemy. Zatrzymuje się biały pick up, i siedzący w nim Amerykanin pyta się co my to w ogóle robimy. W Azji piechotą się raczej nie chodzi, do tego dwie samotne dziewczyny (ah zginiemy marnie bez rycerskich mężczyzn!). Wyłuszczyłyśmy mu naszą sytuację, że szukamy tej cholernej Piramidy Wellnesu. „Przecież przed chwilą ją minęłyście! Zawiozę was tam, prowadzi ją mój kumpel Dan. On na pewno wam pomoże”. Justyna bez oporów wskoczyła do auta i pojechałyśmy. Dlaczego piszę, że bez oporów. 7 lat temu pojechałyśmy na wakacje i sytuacja zmusiła nas do łapania stopa. Justyna kategorycznie odmawiała, histeryzując, że zatrzyma się jakiś seryjny morderca i gwałciciel. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca.
W każdym razie Piramida Wellnesu Dana faktycznie istniała i ją minęłyśmy. Dan zaproponował nam pokój w super cenie, pojechał nawet z nami po Bartka i nasze plecaki. W ogóle cała wioska to kolonia amerykańskich emerytów. Bartek czekał na nas w Forest Campie, a że nie było zasięgu to nie dostał smsa, że już po niego jedziemy. Nie było nas z półtorej godziny i zdążył już się zestresować, co powie mojej mamie. Justyna, ja i wioska w dżungli to nie jest dobre połączenie. Bardzo się uradował na nasz widok. Przez cały wieczór zmuszałyśmy go do chwalenia nas, jakie to jesteśmy zaradne i jaki to super nocleg ma dzięki nam.
Rano wybraliśmy się na trekking asfaltem do wodospadu. Było potwornie gorąco i wilgotność powietrza sięgała chyba 120%, szło się ciężko. Nasza kondycja nie poprawiła się w podróży ani o jotę. Justyna też stękała, że gorąco i dlaczego pod górkę. By dotrzeć do samego wodospadu trzeba było zejść w dół po zylionie schodów i przeprawić się ze trzy razy przez strumyk. A potem był piękny widok. 
Nasza piramida znajdowała się w totalnej wiosce, jedynie z tzw. „gównosklepami” i powstał problem co z obiadem. Zagadałam do pani, która wydała mi się właścicielką piramidy, czy wie gdzie to można coś zjeść. „Omójboże! Nie jedliście lanczu! Ja wam zaraz coś ugotuję! Chodźcie, chodźcie”. Trochę nas zaskoczyła i skrępowała ta spontaniczna chęć nakarmienia nas. Przy czym okazało się, że pani jest tu na wakacjach od…kwietnia. Nawpychała w nas mnóstwo jedzenia i nie mogliśmy się ruszyć przez całe popołudnie. Nagotowała mnóstwo ryżu z różniastymi warzywami. Jedyne co rozpoznaliśmy to dynia i ogórek. Było nam bardzo przykro, że nie byliśmy w stanie odwdzięczyć się w żaden sposób. Pozmywaliśmy tylko po sobie naczynia.

Wróciliśmy do Damaguete z nadzieją na wypożyczenie skuterków na kilka dni i objechania sobie ciekawego fragmentu wyspy. Los chciał inaczej. Filipińczycy mają wyspiarskie podejście do biznesu. Na nasze pytania czy mają jakieś skutery, odpowiadali bardzo pokrętnie i bez konkretów. Olaliśmy więc temat i pojechaliśmy na kolejną rajską plażę.
Po kilku godzinach podróży autobusem dotarliśmy do Sipalay. Stamtąd szalonym tricyklem przez drogi i bezdroża dojechaliśmy do plaży w środku niczego, by przepłynąć łódką malutką rzeczkę i znaleźć się na Sugar Beach odciętej od świata. Tam za wielu przygód nie mieliśmy. Po wypiciu całego rumu, jaki udało nam się kupić w wiosce, zarządziliśmy odwrót do Cebu. Nieubłaganie zbliżał się termin wylotu do Kuala Lumpur.



Pomidor!

Przemieszczanie się na Filipinach nie należy do najszybszych i najprzyjemniejszych. By przedostać się z Negors do Cebu, musieliśmy wykonać alpejskie kombinacje transportowe. Najpierw dwa autobusy do San Carlos. Pierwszy autobus zatrzymywał się dosłownie co 100 m. Po co zrobić jeden przystanek w wiosce, jak kierowca zatrzyma się na każde zawołanie. I ludzie wsiadali, co 100, 200 czy 300 metrów. Mogli wszyscy stanąć w jednym miejscu, no ale po co? Autobus ruszał, rozpędzał się i gwałtownie hamował. I tak przez 6 godzin! Koszmar. Kierowca kolejnego autobusu nie był już tak litościwy i zatrzymywał się bardzo rzadko. Z San Carlos wypłynęliśmy wczesnym rankiem. Szybka łódka była szybka, ale niezbyt stabilna. Tylko godzina drogi, a czułam się jak po wyciągnięciu z pralki. Zdecydowanie jestem stworzeniem lądowym. Z wielką ulgą wysiadłam na brzeg, by przesiąść się na kolejny szalony pojazd. Kierowca tricykla odstawił nas na lokalny autobus do Cebu. Taki bez okien i z milionem ludzi w środku. Wsiadało się na gwizdek i biedny Bartek ledwo się wtarabanił do środka, to ruszyliśmy. Było ciasno i rzucało, ale przynajmniej szybko dotarliśmy co Cebu. Stamtąd już tylko taksówka na lotnisko i fruuu do Kuala Lumpur. Nieprzyjemnie zaskoczył nas fakt, że za wyjazd w Filipin trzeba płacić! Taka wiza, tylko że wyjazdowa (750 peso). Wymęczeni wylądowaliśmy w Malezji. Zdążyliśmy jeszcze spotkać się na lotnisku z Szaround The World (lecieli na Bali) i pojechaliśmy odpoczywać do hostelu. Wieczorem następnego dnia wsadziliśmy Justynę do autobusu na lotnisko i wyskoczyliśmy na pierogi z Weroniką z Not at her desk

Filipiny

Filipiny polecają się na wakacje. Jeśli chcecie odpocząć od codzienności i szarości to Filipiny idealnie się do tego nadają. O bezludności Filipin można zapomnieć, i jeśli chcecie eksplorować dziewicze plaże to pozostało jedynie lecieć w kosmos (choć i tam są pewnie chińskie wycieczki). Są miejsca imprezowe i bardziej turystyczne, jak i spokojne niezatłoczone dobre do relaksu. Jest trochę nowocześnie i trochę azjatycko. 
Oczywiście to biedny kraj z całą masą problemów gospodarczych i społecznych. Bezdomność, żebrzące dzieci na ulicach, bieda czy niesprawiedliwy podział dóbr. Mnie najbardziej raziła wszechobecna i akceptowalna prostytucja. Filipiny to kraj bardzo religijny, obnoszący się ze swoją wiarą. W każdej byle wiosce kościół: baptyści, zielonoświątkowcy czy Świadkowie Jehowy. Ale jakoś nie mają problemu ze sprzedawaniem swoich żon i córek podstarzałym białasom. Za 1000 peso ( 25 euro!!!) można mieć całodniową „eskortę”. Filipiny to dość popularne miejsce dla Amerykanów, którzy osiedlają się tu na emeryturze. Budują domy, prowadzą jakieś biznesy i mają filipińskie „żony”. Niektórzy wysyłają je nawet na studia pielęgniarskie, żeby mieć fachową opiekę na starość. Jak dla mnie, ohyda. 
Jestem zdecydowaną przeciwniczką tzw. „biedaturystyki”, nie robimy zdjęć slumsom, żebrakom czy sierotkom. To wszystko są żywi ludzie, ich dramaty i uważam, że bardzo nie na miejscu jest strzelanie fotek, by się na tym lansować. Warto znać drugą, niezbyt sympatyczną stronę turystyki, i starać się w miarę rozsądnie uczestniczyć w tym wszystkim. Czy myślicie, że wasze zdjęcie biednej sierotki coś zmieni? Znajomi na fejsie pokiwają ze smutkiem głową, westchną „oj tak” i dalej będą oglądać „Na Wspólnej” i pobiegną do H&Mu po tanią koszulkę uszytą przez kambodżańskie dziecko. Takie traktowanie dramatów ludzkich sprzyja tylko tabloidyzacji problemu. Ludzie epatują zdjęciami biedy i pokazują jacy są wrażliwi. A klikalność postu na fejsbuniu wzrasta. Myślę, że od takich historii są profesjonalni działacze, dziennikarze czy reportażyści. Opiszą problem z lepszym skutkiem niż samozwańczy „podróżnik”, co oderwał swoje dupsko od fotela w korpo i myśli, że odkrywa Amerykę i zbawia świat. Lepiej zrobić coś innego np. to: KIVA 

Link do zdjec z Filipin https://goo.gl/photos/DEaZinuift6tim8d9