wtorek, 26 kwietnia 2016

Roadtrip, czyli australijskie "wakacje" w samochodzie cz. I
26.4.16

Roadtrip, czyli australijskie "wakacje" w samochodzie cz. I

Nie napiszemy kolejnego „wszystkomającego” poradnika o tym, jak tanio podróżować po Australii. Jeśli szukasz takich informacji to na pewno je znajdziesz… gdzie indziej. Australia nie jest tania, ale nikt nie mówi, że jest inaczej, nie przyjeżdżasz tutaj, jak w portfelu zostało Ci 100 bendżaminów. W tym wypadku lepiej sprawdzi się Kambodża, no chyba, że jesteś niemieckim… nie, nie najeźdźcą, niemieckim bakpakersem. Bakpakers to człowieczek, który tarabani się z po świecie plecakiem. Wymysł epoki Lonely Planet. Bakpakersów jest wiele gatunków, jakby nie spojrzeć my też nimi jesteśmy, ale Australia sprawi, że do końca znienawidzisz to określenie, ale o tym później.

Do Australii przynajmniej nikt nie przyjeżdża podróżować, tylko na holideje, znaczy się wakacje, wiadomo bowiem tutaj, że podróżowanie to nieco ambitniejsze zajęcie niż podążanie z plecakiem szlakiem z przewodnika. Od Australijczyków, którzy w genach mają przygodę można się sporo na ten temat nauczyć. Twoje wakacje w Australii, choć zaplanowane na kilka tygodni trwać mogą wieczność. Ten kraj wciąga, nie spróbujesz… to się nie dowiesz.

O ile nie ciągniesz ze sobą walizki z dolarami, to jedynym sensownym rozwiązaniem jest posiadanie własnego środka transportu. Mieliśmy tego świadomość, na długo wcześniej, zanim tu dotarliśmy, nie wiedzieliśmy tylko jak długo będzie nam tu dane zostać. Okoliczności sprawiły jednak, że możemy wykorzystać do ostatniego dnia nasze 3 miesięczne wizy. 

Jeszcze w Malezji zaczęliśmy eksperymentować z workaway, czyli pracą w zamian za wikt i opierunek. Zdaliśmy sobie sprawę, że właśnie taka forma podróżowania pozwoli nam miękko wylądować w Australii i nie wykorzystać limitu karty kredytowej pierwszego dnia pobytu. Udało się, pierwszy weekend spędziliśmy na Gold Coast, rzut beretem od lotniska, na które przylecieliśmy. Tak naprawdę bardziej czuliśmy się jak goście, bo pracy nie było dla nas wiele. Laura odkryła przy okazji nową pasję mając okazję pobawić się różnego rodzaju szlifierkami. Kolejne dwa tygodnie byliśmy w Brisbane, w którym zdążyliśmy się zadomowić. Trafiło nam się zacnie. Zajęć dużo, ale rekompensata godna, gospodarze nie żałowali nam przysmaków, na które prawdopodobnie nigdy byśmy sobie nie mogli pozwolić, włączając w to degustacje szkockich z szafeczki naszego gospodarza, win z piwniczki i rzemieślniczych piw.


Dni wolne spędzaliśmy na poszukiwaniu wymarzonej bryki. Jak nasi gospodarze usłyszeli, jaki mamy budżet i dokąd chcemy dojechać to tylko się przeżegnali. Nie znają się. Rynek samochodów w Australii jest ogromny, oglądałem przecież Wheelers Dealer i Top Gear’a to znam się dostatecznie. Samochody są tańsze niż u nas, a kultura techniczna większa, więc z reguły są zadbane. Formalności ograniczone są do minimum i gdy już znaleźliśmy naszego Miśka, zapłaciliśmy za niego kartą, a przepisanie papierów i rejestracja zajęły 10min. Jeżdżący 15 letni samochód można kupić za równowartość 2000 PLN, żeby miał jeszcze ważne papiery i przegląd techniczny (to trochę skomplikowane) trzeba liczyć drugie tyle, jak dołożysz „trzecie” tyle, to już można liczyć na furę na wypasie, po serwisie i z dobrymi oponami. Nam się właśnie tak trafiło. Mitsubishi Magna, gigantyczny kombiak stworzony na rynek australijski, z jeszcze większym silnikiem. 260 000km przebiegu, to w tutejszych warunkach ledwo dotarty silnik. Wszystko to i rejestracja na kolejne 4 miesiące w cenie pełnoletniego Golfa u nas. 

Zostały nam dobre dwa miesiące do spędzenia w drodze. Z naszym budżetem oznacza to życie w samochodzie, a spanie w namiocie, w większości na bezpłatnych polach biwakowych. Do tego też się trzeba przygotować. Z darmowych palet wyczajonych w serwisie ogłoszeniowym zrobiliśmy rozkładane łóżko ze schowkami. Ikea dostarczyła brakujące pierdoły, a gospodarze wyposażyli nas w materac, garnki i… świetne, ogromne ciasto na drogę.


I tak ruszyliśmy w dół. Dopiero po kilku dniach, gdy kupiliśmy „podręczną” papierową mapę kraju zdaliśmy sobie sprawę, co nas czeka. Gdy przewijasz sobie Google Maps sprawa wygląda niewinnie, tysiące kilometrów znikają jednym kliknięciem. Brisbane – Sydney – Melbourne, to raptem 2000km w prostej linii, w praktyce nam wyszło 5000, a to nawet nie połowa tego, co mamy w planach. Do Australii przyjeżdża się zobaczyć przyrodę. Obraliśmy więc drogę obfitującą w parki narodowe. W samym stanie New South Wales, do którego wjechaliśmy z Queensland pierwszego dnia, jest ich ponad setka. Poza okolicznościami przyrody parki narodowe dostarczają też niesamowitą infrastrukturę do obozowania. Toalety, paleniska z przygotowanym drewnem, grille gazowe lub elektryczne, a czasami nawet prysznice, często za darmo lub symboliczna opłatą. Zdecydowanie symboliczną w porównaniu do prywatnych campingów. Te miejsca są tak dobre i wciąż nas zaskakują, że nie możemy się zdecydować, które jest nasze ulubione.





I tak raz podążając wzdłuż wybrzeża, by za chwilę wspiąć się w góry zeszły nam do Sydney dwa tygodnie. Brisbane położone gdzieś pośrodku wschodniego wybrzeża zapewnia dość umiarkowaną pogodę w ciągu całego roku, oczywiście zima jest gorąca, a lato chłodniejsze, no ale nie zimne. My podążając na południe ścigaliśmy się natomiast z najprawdziwszą jesienią. W Snowy Mountains (Góry Śniegowe) od czerwca rozpoczyna się sezon narciarski. Rano mieliśmy na termometrze raptem kilka kresek powyżej zera. Okolice Melbourne też nie są w tym czasie zbyt ciepłe, a dominuje deszczowa aura. 




Sydney to taki must-see, nie ciągnie nas jednak specjalnie do miast, więc zdecydowaliśmy się spędzić tam tylko jeden dzień, to wystarczająco, żeby strzelić selfika z Operą i przespacerować się tu i ówdzie. Rano ugrzęźliśmy w korkach na wlocie do miasta, jakieś 50km od centrum. Australijczycy mieszkają praktycznie wyłącznie w domach wolnostojących, tylko w ścisłych centrach miast budynki mają więcej, niż dwie kondygnacje, przez co miasta są niesamowicie rozległe. Fuksem udało nam się zaparkować na „park and ride” w dzielnicy Ashford, bo akurat ktoś wyjeżdżał i ostatnie 8km na Central podjechaliśmy kolejką. Nie zgadniecie ile kosztuje całodniowy parking w centrum Sydney. Podpowiem – więcej, niż pełen bak paliwa. Okazało się, że to niezbyt reprezentacyjna dzielnica, zdominowana przez głównie przez Azjatów, choć na szyldach dentysty i rzeźnika pojawiały się polskie nazwiska.




Na pewnym etapie Laurze zaczął doskwierać brak gorącego prysznica i łóżka, do którego nie trzeba wchodzić na kolanach. Powstała koncepcja, żeby zanocować pod dachem w Melbourne. Myśleliśmy już o tym w Sydney, zaczynały się jednak ferie i na Airbnb wszystko było zarezerwowane na 2 tygodnie w przód. Trafiliśmy jednak na Wilsons Promontory, półwysep - rezerwat, który tak nas urzekł, że zamiast zażywać luksusów zasuwaliśmy z plecakami blisko 50km przez dwa dni. Nasza rezerwacja w hostelu przepadła. Nagrodą był jednak gorący prysznic w obozie przy recepcji parku. The Prom to Australia w pigułce, jeśli powiedzielibyście, że macie na zobaczenie Australii tylko kilka dni, to na pewno skierowalibyśmy Was tam. Przez Melbourne przejechaliśmy więc jedynie z przerwą na zakupy w Aldim.







Decydując się na budżetowe przemieszczanie po Australii jesteś skazany na własną kuchnię. Aldi karmi nas przy tym doskonale i pozwala poczuć się jak w domu. Choć w Polsce nie robi furory, tutaj jest ich ogromna sieć i asortyment dorównuje temu z naszego Lidla. Kiełbasa niczym nasza śląska, świetna wołowina na burgery, sery, warzywa, wszystko, czego dusza zapragnie, no i największy hit, wino czerwone, blend Shiraza z Merlotem, pewnie jakieś zlewki, ale za równowartość 8 PLN. Szaleństwo.

Osławiona i dobrze znana z Instagrama Great Ocean Road, pojawiająca się prawdopodobnie na każdej widokówce z Australii była naszym ostatnim punktem na południu, zanim zwrócimy się na północ. Nie można zaprzeczyć, że ponad 200 kilometrowa trasa wiodąca wzdłuż wybrzeża, wykuta w skałach przez żołnierzy, którzy wrócili z I WŚ, robi niesamowite wrażenie. Może nie tyle sama droga, co formacje skalne wyrastające z morza. Pogoda nam nie dopisała, było wietrznie i deszczowo, ale to tylko dodawało dramatyzmu tej scenerii.




Na wczesnych etapach planowania naszego „roadtripa” rozważaliśmy przejazd do Alice Spring i charakterystycznej Skały Uluru. Jakiej trasy by nie obrać to za każdym razem wyjdzie ponad 5000km przez bezkres nicości. Brzmi jak przygoda. Też tak myślałem. Wszyscy napotykani Australijczycy, którym o tym opowiadaliśmy pukali się w czoło. Nie ma sensu pchać się w głęboki Outback osobówką. W Australii samochody osobowe są na wymarciu. Spotkać je można jedynie w dużych miastach. Wszędzie gdzie indziej, na drogach poruszają się masywne terenówki, pick-upy, albo przynajmniej uterenowione SUVy. Nic dziwnego, większość dróg, po których się przemieszczamy przez ostatnie 2 tygodnie podlega czasowym podtopieniom. Cóż, nie opłaca się budować nasypów, ani mostów, na „highwayach” są po prostu brody z oznaczeniem głębokości.
Zdecydowaliśmy, że odbijemy w głąb lądu by dotrzeć do tego bliższego i bardziej turystycznego Outbacku, a potem potniemy możliwie najkrótszą drogą jak najdalej na północ się da, by potem wybrzeżem wrócić do Brisbane i tak zrobi się… kilkunastotysięcznokilometrowa pętla.

A co chodziło z tymi Bakpakersami? Australijczycy są bardzo przyjaźni i otwarci. Często zdarza nam się spontaniczna pogawędka, w której na pewnym etapie pada pytanie: Are you fruit-pickers? From Germany (Zbieracie owoce? Jesteście z Niemiec?)? I tak w kółko. Otóż w Australii są tysiące młodych Niemców, którzy przyjeżdżają tutaj w ramach working holiday i często łapią się sezonowych prac, żeby podreperować budżet. Stąd powstał pewien stereotyp, że młody człowiek podróżujący podstarzałym samochodem, szczególnie vanem, to Szwab na saksach. Można ich spotkać praktycznie na całej długości wschodniego wybrzeża i w każdym bezpłatnym obozowisku. Niestety zdarza się, że nie grzeszą kulturą osobistą, na co w Australii bardzo zwraca się uwagę.

Prześledź naszą dotychczasową trasę na mapie.