poniedziałek, 15 czerwca 2015

Banialuki
15.6.15

Banialuki

Tak. Po tygodniu od wyruszenia z domu jesteśmy w Bośni. Fakt, tempo istnie pielgrzymkowe, wyjdzie nam średnia jakieś 200km dziennie, ale za to ile radochy ze snucia się po prowincjach.

Zacznijmy jednak od początku. Miało być hucznie i tłumnie. Gdy w niedzielę, 7-ego, o 10.00 stanęła przed nami ściana deszczu wiedzieliśmy, że będzie poślizg. We wcale nie tak kameralnym gronie znajomi pod parasolami odprawili nas w drogę. Wróciliśmy do domu.

W poniedziałek już nie było wymówek, słońce i przyjemna temperatura. Szybko doturlaliśmy się do Wałbrzycha, gdzie z otwartymi ramionami czekał Piotrek, forumowy (te motocyklowe sprawy) kolega, wygodna sofa i niesforna kotka Juka. Wcześnie się jednak spać nie kładliśmy.
We wtorek mieliśmy być już na Morawach, jazda w deszczu i przy 10 st. przeciętnie nam jednak idzie. I tak szlakiem motocyklowych znajomości zalegliśmy w Zającówce w Kotlinie Kłodzkiej. Łukasz, gospodarz, zweryfikował nasze przygotowanie do podróży i "poblogosławił" na dalszą drogę.

Gdy już się wypadało, w środę dojechaliśmy na wspomniane Morawy, a właściwie to już na samą granicę austriacką, do Znojma. Jestem w sumie ciekaw, ile razy Laura mnie przeklinała. Chociaż trasa miała około 260km, to ani razu nie zjeżdżaliśmy do większego miasta, ani nie widzieliśmy stacji benzynowej, szuter natomiast owszem.

Jak to na współczesnych podróżujących idziemy z nurtem i posiłkujemy się wynalazkami takimi jak Couch Surfing (dalej CS) czy Airbnb. W Czechach udało nam się nagrać przytulną sypialnię za 10 EUR, a w ramach przeprosin za spóźnienie (kwitnęliśmy pod blokiem kilka godzin), David, gospodarz zafundował nam rano śniadanie.

Bez większych ekscytacji przelecieliśmy przez Austrię (do czasu leciała z nami też karimata Laury, ale zmieniła cel podróży), z nastawieniem, że unikniemy drogich campingów i przekimamy gdzieś blisko granicy, ale już po węgierskiej stronie, Taaak, jak zwykle nam się trafia w tym pięknym kraju - mina. Nie dość, że to "przy granicy" ciągnęło się jak cholera, to jeszcze za takie w sumie byle co skasowali nas pewnie więcej, niż w Austrii. Ege szege, nagimnastykowałem się rano, żeby babce w piekarni wytłumaczyć, że chce chleb krojony i w sumie zniknęliśmy tak szybko, jak przyjechaliśmy,
Zapomniałem o plusie dodatnim. Na wspomnianym campingu koczowali koło nas Holendrzy z niezahasłowanym hotspotem, dzięki temu trafiliśmy na CS na Andrija, a właściwie jego całą familię, która zafundowała nam niezapomniany weekend w okolicach chorwackiego Varazdina. Winna chatka na wzgórzu na wyłączność, jedzenia i picia do syta, wszystko z własnego gospodarstwa. Czego chcieć więcej? Dawno nie doświadczyliśmy takiej gościnności i ciepłego przyjęcia. Po dwóch dniach czuliśmy się jak swoi.



Trzeba jednak jechać dalej, I tak dzisiaj przecinając centralną Chorwację, zajechaliśmy do Banja Luki i biwakujemy nad rzeką Vrbas. W sumie z dala od cywilizacji. Z racji, że dojechaliśmy dość wcześnie, spędziliśmy leniwe popołudnie w cieniu akacji, Wieczorem siadłem, żeby spłodzić ten tekst, z zamiarem opublikowania jak dojedziemy do Chorwacji, tymczasem jak tylko odpaliłem tablet okazało się, że goni nas otwarty punkt wi-fi...

Dalej zmierzamy na wybrzeże z zamiarem spędzenia kolejnego weekendu w Albanii. Stay tuned,