piątek, 14 sierpnia 2015

Mister taxi!!! Mister Persepolis!!
14.8.15

Mister taxi!!! Mister Persepolis!!

Po przygodach z wizami, nadszedł czas na przygodę z Iranem. Relacje w internecie są pełne zachwytów, trzeba to sprawdzić na własnej skórze.
W południe wyruszamy z Erywania by "już" po dziesięciu godzinach znaleźć się na granicy z Iranem. Ormiański odcinek naszej trasy był stosunkowo krótki (około 400 km), ale ze względu na jakość drogi i ilość zakrętów trwa bardzo długo. Jesteśmy pełni podziwu dla umiejętności irańskigo kierowcy. Autobus dzielnie wspinał się pod górę.
Na przejściu granicznym zostajemy wyproszeni z  autobusu i granicę musimy pokonać pieszo. Ormianie wnikliwie oglądają paszporty i puszczają dalej. Obowiązuje mnie już irański styl odzieżowy, więc pośpiesznie narzucam tunikę i chustę. Drepczemy jakieś 800 m i rozpoczyna się kontrola irańska. Jedno okienko, drugie, trzecie. Biurokracja kwitnie. Pan wypytuje skąd, dokąd, którędy i wbija nam pieczątkę. Bartek wymienia 50 dolarów i przez chwilę jesteśmy milionerami (50 USD=1 500 000 riali). Czekamy na nasz autobus, który przechodzi kontrolę osobno. Po parkingu nagle przebiega wielki pająk (taaaaki wieeelkii), na moje krzyki przerażenia Irańczycy reagują śmiechem, a jeden z nich zdeptuje potwora. Kolejna kontrola autobusu i w końcu możemy ruszać.
W południe następnego dnia jesteśmy w Teheranie. Mamy umówionego hosta z couchsurfingu. Pozostaje się nam do niego dostać. Wzbudzamy sensacje w metrze. Między innymi dlatego, że jesteśmy obcokrajowcami. A Bartek sieje zgorszenie- mimo mojej uwagi, że nie powinien biegać po Iranie w szortach. Mężczyźni też mają jakieś utrudnienia, a co! Teoretycznie w transporcie miejskim jest podział na część damską i męską.  Niektórzy tego nie przestrzegają i nikt ich nie aresztuje.
Jedną noc gościmy u przemiłej irańskiej rodziny. Częstują nas kolacją, pomagają kupić bilet na autobus do Shirazu i zabierają na spacer do parku.


Teheran niespecjalnie nas wciągnął. Największą atrakcją była wymiana waluty u cinkciarza. "Mister dollar!" Na dworcu autobusowym spotykamy dwóch Irańczyków-poliglotów. Znają dziesięć języków! W oczekiwaniu na autobus, opowiadają nam co warto zobaczyć w Iranie. "Koniecznie jedźcie do Pasargadu, to najpiękniejsze miejsce w Iranie!".
Shiraz wita nas upałem. Instalujemy się w uroczym gesthousie i wymęczeni całonocną podróżą padamy na leżanki w wewnętrznym ogródku. Po południu wyłaniamy się na spacer po mieście. Odwiedzamy bazar, muszę zakupić przecież sobie coś eleganckiego.  Znowu jesteśmy sensacją. Skąd jesteście? Czy Iran wam się podoba? Gdzie pracujecie? To twoja żona? (ha ha!). Na szwędaniu się zchodzi nam całe popołudnie i do hotelu docieramy wieczorem. Życie w Iranie zaczyna się po zmroku. Na pustych w ciągu dnia ulicach, wieczorem rozpoczyna się prawdziwe targowisko. Otwierają się dziesiątki straganów i sklepów, wszyscy wylegają na ulice i robią zakupy. Chaos panuje niesamowity. Jak w Azji.
W hostelu poznajemy Ormianina, z diaspory ormiańskiej w Gruzji, wychowanego w Rosji, a mieszkającego w Dubaju. Wspólnie wybieramy się na wycieczkę do Persepolis i słynnego Pasargadu. Oczywiście taksówkarze próbują nas naciągnąć. Ale Gaspar zna trochę farsi, co pomaga w negocjacjach. Dogadujemy cenę i wyruszamy.


Persepolis jest interesujące. Całkiem dobrze zachowane i wyeksponowanie. A "najpiękniejszy" Pasargad okazuje się kupą kamieni i wcale nie powala. I to ma być największa atrakcja Iranu?:) Irańczykom trochę brakuje zmysłu turystycznego. Opisy zabytków są bardzo zdawkowe i bez szerszego kontekstu. A w przypadku antycznych ruin nie ma wizualizacji, jak to wyglądało w starożytności. Za to zdjęcia imamów są wszędzie. I nawoływania do nienawiści do Amerykanów.


W lokalnym autobusie zaczepia nas Irańczyk, i zadaje standardowe pytania. Odpowiedź Bartka na temat pracy, trochę go zafrasowała. Jak to "no job"? Biedak drapie się w głowę i próbuje zrozumieć. Jak można nie mieć pracy? Dla niego to niepojęte.
Po dwóch dniach spędzonych w Shirazie, czas na podróż do Yazdu. Tam przez kolejne dwa dni snujemy się po uliczkach starego miasta. Kosztujemy (w końcu!) lokalnej kuchni, a Bartek udaje się do fryzjera. Pan fryzjer pięknie Bartka strzyże, smaruje różnymi pachnidłami i elegancko przycina brodę.


Najbardziej interesujący okazuje się Eshafan, nasz ostatni punkt na trasie.  Dopiero tutaj zobaczyliśmy kunszt i piękno irańskiego rękodzieła. Dywany, naczynia ceramiczne i srebrne, biżuteria. Nic tylko kupować kupować i kupować. Zwiedzamy jeden z najstarszych meczetów w Iranie- Jameh Mosqe. Meczet wpisany jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miejsce naprawdę warte odwiedzenia.
Droga powrotna do Armenii była bardzo rozrywkowa. NIe było już bezpośrednich autobusów do Erywania. Został nam kombinowany transport. Docieramy autobusem do Yolfy, potem taksówką do granicy z Armenią. Natrafiamy na samozwańczego taksówkarza, który nie wie gdzie jest granica. Gubimy się po drodze, ale w końcu docieramy na miejsce. (Naszego taksówkarza zapewne zastrzelili Azerowie, bo wjechał nie tam gdzie trzeba ;)) Po ormiańskiej stronie  czekają na nas taksówkarze-naciągacze. Niestety są jedyną możliwością dotarcia do najbliższego miasta Meghri. Szukamy niedrogiego noclegu, i dzięki pomocy przyjaznego Ormianina trafiamy do Haer B&B. Właściciel rezerwuje nam miejsce w marszrutce do Erywania. Następnego dnia spędzamy 8 godzin z nogami na szyi. Dostajemy bowiem miejsca na samym końcu, zapchane do tego bagażami. Przepraszamy się z naszymi motocyklami, i w poniedziałek ruszamy w drogę do Gruzji, by stawić czoła kolejnym wizowym perypetiom.

Iran, życie codzienne turysty

W Iranie wszyscy są nastawieni bardzo przyjaźnie. Zaczepiają i zagadują. Pytają o wszystko. Skąd jesteś, czym się zajmujesz, czy masz dzieci, czy w Polsce się dobrze żyje. Nie wynika to ze wścibstwa, a ze zwykłej ciekawości. Iran jest dość odizolowany od reszty świata (przynajmniej w teorii) i Irańczycy chętnie poznają innych ludzi. Turyści są przez nich mile widziani, chociażby po to, żeby ich oskubać :) Standardem są podwójne ceny na taksówki, jedzenie w restauracji czy zakupy w lokalnym sklepie. Nas najbardziej drażniły podwójne ceny za wejścia do muzeów. I to często siedmiokrotnie wyższe, nie jest to proturystyczna postawa rządu. Na nasze argumenty, że to nieuczciwe Irańczycy odpowiadali, że takie jest prawo. No cóż. Nas to nie przekonuje.
Wiele rzeczy w Iranie jest zabronionych i nielegalnych, ale potrzeba matką wynalazku. Nie wolno wymieniać pieniędzy w innych miejscach niż banki i exchange, ale co zrobić gdy wszystko pozamykane? Wystarczy się poszwędać po okolicy i Mister Money zawsze chętnie wymieni dolary. Alkohol? Jeśli masz znajomych Irańczyków, załatwią bez problemu. Facebook?Logujesz się przez sieć tor. Hostele czy restauracje mają swoje strony na FB. I jakoś to wszystko działa.
Ruch uliczny dla niewprawionych może być koszmarem. Irańczycy jadą prosto przed siebie, nie używają lusterek czy kierunkowskazów. A przejście na drugą stronę ulicy wymaga wiele samozaparcia i desperacji. Ale po kilku dniach już przywykliśmy i przejście przez czteropasmową drogę nie stanowiło dla nas wyzwania.