niedziela, 29 listopada 2015

No ticket - no walk
29.11.15

No ticket - no walk

W pierwszej połowie listopada dotarł do nas długo oczekiwany gość – moja siostra Asia. Po perypetiach związanych z mgłą na poznańskim lotnisku i strajkiem największego niemieckiego przewoźnika, doleciała w końcu do Chengdu. Mogliśmy się rozkoszować kawą, kiełbasą i żółtym serem, który nam przywiozła. I oczywiście jej towarzystwem. Miała korporacyjne dwa tygodnie urlopu, dlatego też zaplanowałam wycieczkę w japońskim stylu. Nawet zrobiłam plan w Excelu. Po zderzeniu z chińską cywilizacją wycieczka musiała ulec modyfikacji. Kilka nocy w autobusach i pociągach to chyba jednak za dużo jak na pierwszy raz. Nowy harmonogram przedstawiał się następująco: Chengdu – Jiuzhaigou - Songpan- Chengdu – Kunming – Lijiang - Shangri-la -Kunming.

W Chengdu pokręciliśmy się trochę po mieście i daliśmy Asi czas na oswojenie się z Chinami (co chyba do końca nie jest możliwe). Odwiedziliśmy oczywiście pandy. Słynny na cały świat ośrodek rozmnażania tych słodkich zwierząt.Chengdu Research Base of Giant Panda Breeding. Mieszkają sobie na całkiem sporym kawałku zieleni i jedzą pędy bambusa.


Omnomnom

Z turystów niewiele sobie robią, są już chyba znudzone tą popularnością, i tym, że każdy ich najmniejszy ruch wywołuje zachwyt. Nie ma żadnego tańczenia czy jeżdżenia na jednokołowym rowerku. Jedna z pand, ku uciesze gawiedzi, zrobiła pokazową kupę. Większość pand wygląda jak po całotygodniowej imprezie. Leżą na trawie i odpoczywają. 

Zaraz, zaraz gdzie ja jestem?
Chińczycy próbują obudzić biedne zwierzęta gwiżdżąc i krzycząc. Oczywiście wszyscy mają obowiązkowe selfie-sticki i strzelają sobie masę zdjęć. Panda i ja, dwie pandy i ja, ja i drzewo, ja i ptaszek i tak dalej… Mimo wszystko warto zobaczyć to miejsce. Zapomniałam wspomnieć o rudych pandach. Wyglądają jak skrzyżowanie kota z szopem, ale są przezabawne i bardzo szybkie. Jedna z nich przemyka nam się pod nogami.

Rude to wredne?
Trochę przypadkowo, daliśmy Asi szkołę azjatyckiej kuchni i rundę gry nie-wiem-co-jem. Zamówiłam danie ze zdjęcia (wyglądało całkiem w porządku), w menu miało nazwę sociology of rabbit waist (socjologia króliczych bioder??). Okazało się całkowicie niejadalne. Nawet dla Bartka, który ma wysoki próg ostrości. Ostre papryczki plus skóra i kości z niewiadomoczego (chyba z tego królika). Pozostało nam dopchać się smażonym bakłażanem i pierożkami. 

Z Chengdu nasza wycieczka udała się do Jiuzhaigou. To chiński park narodowy, znajdujący się na liście UNESCO. Wstęp kosztował obłędne 200 CNY (160 zł!!). Ale czego się nie robi. Pojechaliśmy tam autobusem turystycznym. Czym różni się od zwykłego? Jechał z nami przewodnik, który opowiadał zapewne śmieszne żarciki, bo wszyscy się śmiali. Do tego zatrzymywaliśmy się co godzinę/45 minut na przerwę. Autentycznie! Mają chyba jakąś umowę z właścicielami straganów. Zamiast 7 h podróż trwała 9, chińska logika. Hostel, w którym się zatrzymaliśmy oferował zakup biletów studenckich do parku. Skutkowało to 50% zniżką, więc skorzystaliśmy. Nikt na wejściu nie zapytał o legitymację, podstęp się zatem udał. 

Sam park przepiękny. Szliśmy kilka ładnych kilometrów pieszo, i nie spotkaliśmy nikogo. Cudowna cisza i ładne widoki. Jesień to idealna pora na odwiedzenie parku, drzewa nabierają żółto-pomarańczowych kolorów i odbijają się w kolorowych wodach stawów i rzeki.





Wybraliśmy wersję biletu bez autobusu (kolejne 100 CNY w kieszeni), ale i tak można nim jeździć, bo nikt tego nie sprawdza (oszukaliśmy system po raz drugi).

Następnego dnia Songpang. Początkowo chcieliśmy jechać do Huanglongu, parku narodowego. Okazało się, że nie warto , bo wody w tarasach nie ma (główna atrakcja). Pozwiedzaliśmy sobie „stare miasto” i jego „stare” mury. Można się nieźle nabrać. Gdy weszliśmy w boczne uliczki, zobaczyliśmy jak wygląda renowacja. Buduje się po prostu wszystko od nowa. Choć trzeba przyznać, że ładnie to wygląda. Wdrapaliśmy się też na wzgórze ze świątynią. To znaczy Asia się wdrapała, a my na nią zaczekaliśmy w połowie drogi. Podczas tego spaceru przypadkiem natknęliśmy się na rzeźnię jaków. Na szczęście było już po wszystkim i „tylko” sprzątali plac. Miałam wizualizację określenia „ulica spłynęła krwią”.

Rzeźnia nr 5

Pan szlauchem zmywał krew, a naokoło widać było pozostałości po oprawianiu zwierząt: skóry, rogi i kości. W zagrodach stały kolejne jaki, pogodzone z sytuacją czekały na swój los. Chyba jestem mało wrażliwa, bo po tych wrażeniach nie zostałam wegetarianką. 

Stare miasto okalał mur (oczywiście nowy). Ku naszemu zdziwieniu za spacer po nim zażyczyli sobie 50 CNY. Za zwiedzanie 100 metrów muru. Zwariowali czy co? Nic dziwnego, że nie było zbyt wielu chętnych na taką atrakcję. Całkiem za darmo weszliśmy na niedokończoną część muru i dzięki temu mogliśmy zobaczyć coś takiego.


W Chengdu zamieniliśmy środek transportu na pociąg. Miła odmiana, można się położyć, poczytać. Jest w miarę cicho i spokojnie. Po 18 h byliśmy już w Kunmingu i od razu przesiedliśmy się na kolejny pociąg - do Lijiang. Był to pociąg z miejscami siedzącymi i wycieczką emerytów w gratisie. Jaka ulga dla naszych mózgów, gdy wszyscy wysiedli w Dali. 

W Lijiang przeanalizowaliśmy możliwości turystyczne i wyszło nam, że na pierwszy ogień pójdzie stare miasto. Zaczęliśmy od Dragon Pool Park. Przytulne miejsce z kamiennymi mostkami przerzuconymi nad stawami rybnymi, kilkoma pawilonami i spektakularnym widokiem na Śnieżną Górę Nefrytowego Smoka (Jade Dragon Snow Mountain). Według przewodników, to jeden z lepszych widoków w Chinach. 

Must see

Natknęliśmy się tam na próbę zespołu ludowego Naxi.



Stamtąd spacer na stare miasto. Ale na ile stare do końca nie wiemy. 



Wycieczka na Smoczą Górę okazała się niezwykle kosztowna (dzięki Siostra!), ale pokonaliśmy nasz rekord wysokości. Dostać się tam nie było łatwo. Najpierw busikiem z Lijiangu, by po drodze nabyć bilety na kolejkę. Potem przejazd do bram i haracz za wstęp do parku, z parkingu autobusem do kolejki linowej.

Nie chcę wiedzieć, jak to miejsce wygląda w szczycie sezonu. Jak poza sezonem było tłoczno. Chińczycy się przepychają i wciskają, żeby zdążyć. Przed kim? Przed całą resztą Chińczyków. 

Kolejka linowa podwozi nas całkiem wysoko, ale do wysokości 4680 m n.p.m. trzeba podejść jakieś 300 metrów. Po schodach, co by nie było za trudno. 

"Białasy" wchodzą bez tlenu!

Na tej wysokości oddycha się trochę ciężej, jednak nie na tyle by podejść ten kawałek bez tlenu. Widocznie wszyscy Chińczycy odwiedzający Smoczą Górę, zapadają na chorobę wysokościową już po wejściu na teren parku. 99% z nich zaopatrzonych jest w malutkie butle tlenowe. Korzystają z nich raz po raz, naprzemiennie z papierosem.

Park to nie tylko góra, ale też piękne stawy i wodospady. Po głębszej analizie doszliśmy do wniosku, że albo są sztuczne, albo w jakiś sposób modyfikowane przez człowieka. Chińczyk płaci 200 CNY za wstęp, to musi mieć co oglądać. Jeśli zajdzie potrzeba zbuduje się jezioro.

Asia nawiązuje nowe przyjaźnie.



Z Lijiangu trafiliśmy do Shangri-la. Miejscowość ta leży na pograniczu z Tybetem, tuż przy granicy z Birmą. Stare miasto jest naprawdę stare, ale niestety w wyniku pożaru w 2014 roku, połowa spłonęła. Jak się domyślacie, praca wre i budują na nowo. Mieliśmy okazję mieszkać przez kilka dni w oryginalnym tybetańskim domu z gliny i drewna. Hostel Tavern 47 prowadzi Koreańczyk wraz z żoną z plemienia Naxi. 



Klimatyczne miejsce, nawet Asi się podobało. W hostelu jest kuchnia, która serwuje burgery z jaka. Przełamaliśmy się i zamawiamy. Szoku smakowego nie ma, podobne do wołowiny, do tego frytki i piwko - prawdziwa uczta. 

To właśnie w Shangri-La urządziliśmy sobie najprzyjemniejszą wycieczkę. Wybraliśmy się po prostu na spacer! W przewodniku nazywa się to off the beaten track, czyli zejście ze szlaku. Najpierw do świątyni Stu Kurczaków. Bardzo chciałam tam pójść i zrobić tym kurczakom zdjęcie. Mam kolegę o pseudonimie Kurczak i ucieszyłby się pewnie, że kurczaki mają swoją świątynię. Samo wspinanie się na górę i krótka przerwa w „międzyświątyni” były super. 



Tybetańskie kolorowe flagi modlitewne nadają wdzięk otoczeniu. Świątynia była w kapitalnym remoncie, a kurczaków naliczyłam cztery sztuki. Za to ze wzgórza widać było buddyjską stupę po drugiej stronie miasta, i ona stała się naszym następnym celem. Po przejściu przez miasto i krótkiej wspinaczce dotarliśmy na miejsce. Stupa była mało odwiedzana, nie było żadnych świeżych flag modlitewnych. Panowała tam atmosfera spokoju i relaksu.




Żadnych biletów wstępu, wrzeszczących Chińczyków. Tylko miłe dla oka widoki, pagórki z flagami modlitewnymi i pastwisko jaków. Rewelacyjny dzień. 

Przed opuszczeniem Shangri-la chcieliśmy zwiedzić tamtejszy buddyjski klasztor. Lonley Planet podpowiada, że nie trzeba płacić za bilet wstępu jeśli pójdzie się tam pieszo. Niestety Chińczycy chyba czytają LP albo za dużo białasów omijało bramkę. Naszą radosną wycieczkę uniemożliwiają stojący na drodze policjanci. Znali angielski na tyle by powiedzieć „no ticket - no walk”. Nie to nie. Zawracamy, ale kombinujemy czy nie można ich jakoś obejść. Nasze podchody zostają natychmiast zauważone i w naszą stronę szybkim krokiem zmierza jeden z mundurowych. Wyciągamy nasze długie nogi i uciekamy. Nie chcemy wywołać międzynarodowej afery. Naprawdę przesadzają z tymi biletami. Kogo na to stać? Chiny komunistyczne są tylko z nazwy, kapitalizm jest tutaj totalitarny. 

Powoli kończą się siostrzane wakacje. Jedziemy do Kunmingu. Odprowadzamy Asię na lotnisko, skąd poleci do Chengdu i z Chengu do Frankfurtu.



Coś ta moja siostra ma pecha do samolotów, bo oba zaliczają spóźnienie, na szczęście bez szkody dla niej. I po 24h jest w Polsce.
A my robimy przegrupowanie sił i uderzamy do Laosu. A tam? Cisza i spokój!